Artykuły
  • Register

Kiedy się rozstawaliśmy w 2015 r. zapewne czuł, że to nasze ostatnie spotkanie, ja podobnie. Zmarniał przez ostatni rok bardzo, a jego głos był zmęczony. Poprowadził mnie pod jabłoń, pochyloną do ziemi, zerwał kilka jabłek i dał mi na drogę.

«To jeszcze polska jabłoń» – westchnął. Dotknął ręką pnia i głaskał go chwaląc urodzaj staruszki, powiedział wtedy: «Leżę nocami nie mogąc zasnąć i tak myślę, że najgorsze, co mogło spotkać Ukrainę, to banderowcy».

Zastanawiałem się jak rozpocząć tę długą opowieść o moim przyjacielu. W 2008 r. sołtys Huty Wiktor Krot w czasie uroczystości przy cerkwi składał Mikołajowi Zahorujce życzenia z okazji 80 urodzin. Wtedy Mikołaj Fedorowicz szepnął mi do ucha: «80 lat już dawno temu miałem. Mama podała rok urodzenia 1928, żeby mnie na front nie wzięli». Zacznę więc od początku, tak jak przystało na opowieść. Od lat młodzieńczych Mikołaja: za czasów polskich, potem banderowskich i sowieckich (jak to mówił Mikołaj, radiańskich). Tę część poświęcam jego siostrze Ninie.

HUTA41 05

Mikołaj Zahorujko i Szczepan Horoszkiewicz około cerkwi w Hucie. 2008 rok

O wiele rzeczy nie dopytałem, dopiero przy pisaniu zauważam braki. Mikołaj patrzył na wydarzenia z perspektywy dziesięcioleci, zacierały się w jego pamięci daty i nazwiska, były to szczegóły obojętne wobec wieczności. Niezliczone rozmowy, które prowadziłem z nim przez lata, wywarły wielki wpływ na moje postrzeganie wydarzeń z 1943 r. i samych Ukraińców, w tym i banderowców. Przewijały się w jego opowieściach ciągle nazwiska Zahorujków, Hryszczenków i wielu innych. Świat widziany i rozumiany przez Mikołaja to właśnie ci ludzie, całe jego dziedzictwo wspomnieniowe. Napiszę o tych osobach, aby zachować je w pamięci potomnych.

Dziadek Mikołaja, Abram, ze swoimi dorosłymi synami przybył w nasze huciańskie strony z Żytomierszczyzny końcem XIX wieku. Nabył ziemię sprzedawaną przez polskiego przedsiębiorcę Jana Blocha po wycince lasów. Tak powstała kolonia Ostrówki z chutorem Laski koło Wyrki. Synowie Fiodor, Paweł, Piotr i Iwan założyli tu rodziny i pobudowali gospodarstwa. Córka Tekla została na Żytomierszczyźnie. Wybuch I wojny światowej przerwał szczęśliwe lata. Bracia służyli w 397 Pułku Piechoty 100 Dywizji Armii Carskiej. Pułk ten szturmował Kostiuchnówkę bronioną przez Legiony Polskie Piłsudskiego. Z wojny nie powrócił Iwan, a pomoc w utrzymaniu wdowy Uliany i jej czworga dzieci stała się obowiązkiem pozostałych braci. Pod Kostiuchnówką poległ też Wasyl, syn ich sąsiada Semena Hreczuchy. Zawierucha wojenna nie miała końca, bolszewicy idący na Warszawę werbowali w swoje szeregi tych, których udało im się złapać. Tak pod Warszawę dotarł ojciec Mikołaja, Fiodor. Razem z Armią Czerwoną uciekał, a do domu wrócił po kilku miesiącach z przestrzeloną stopą i gnijącą raną. Będąc inwalidą wojennym nie otrzymywał żadnej renty, a pracować nie mógł. Ciężar utrzymania siedmiorga dzieci przeszedł w dużej części na żonę Anastazję z domu Siwczenko. Ona będąc zaradną i światłą kobietą szybko zyskała uznanie wśród ludzi, została wziętą akuszerką. Znała się też na ziołach, jedynym dostępnym lekarstwie.

HUTA41 00

Mikołaj Zahorujko opowiada, a autor nagrywa i notuje. Zebrało się tego dużo materiału

Lata «za Polski» wspominał Mikołaj jako szczęśliwe. Rodzina miała bardzo dobre relacje z Polakami, a oni ich szanowali i pomagali sobie nawzajem. Wkroczenie sowietów w 1939 r. zakończyło na zawsze wszystko dobre, co udało się stworzyć. Iwan Wołoszyn, Ukrainiec z Wyrki (w Wyrce były dwie rodziny ukraińskie na 157 gospodarstw), sporządził dla sowietów spis klas społecznych. Wynikiem tego było rozkułaczenie majątku Dębskiego. Majątek ten liczył 110 ha i był własnością inżyniera Ignacego Dębskiego, urzędnika państwowego z Warszawy, a zarządzał nim jego brat Feliks.

Sowieci na zebraniu w Wyrce zadecydowali, że trzeba rozdzielić dobra i ziemię pomiędzy biedotę, która bardzo chętnie na to przystała. Prosto z zebrania szabrownicy, zarówno Ukraińcy, jak i Polacy, rzucili się do podziału. Wszystko to odbywało się na oczach Mikołaja. Znał doskonale majątek, chodził tam zarabiać w żniwa i w wykopki. Przychodził z chłopcami kolędować, zawsze dobrze się wtedy mogli najeść i parę groszy zarobić. W oczach Mikołaja, jak o tym opowiadał, widać było te słodkie ciastka.

Z rozkułaczenia najbardziej utkwiła mu w pamięci postać stojącego przy ganku Feliksa Dębskiego – stał i patrzył na rabunek. Widząc jednego starego Ukraińca niosącego szafkę nocną powiedział do niego z żalem: «Wasyl, i tyś tu przyszedł?». A on stanął i tak stał, nie wiedział co powiedzieć. Postawił szafkę i odszedł bez słowa. Wtedy zjawił się nieco spóźniony Bronisław Piotrowski (Pietrołaj) z Wyrki, bo biegał po broń do domu. Z radomskim mauzerem w ręce stanął przy maszynie do młócenia zboża i silniku spalinowym. Powiedział, że zabije każdego, kto dotknie tego sprzętu. Tak na prośbę Feliksa Dębskiego uratował zestaw omłotowy. Szał rozkułaczenia był tak wielki, że szabrownicy rozebrali nawet kierat i każdy zabrał do swojego domu po jednej części, których nigdy nie wykorzystali. Niemieckie tryby nie pasowały do niczego.

Zahorujkowie nie okazywali entuzjazmu wobec nowej władzy, jak to czyniła inna znana w Ostrówkach rodzina – Hryszczenków. Nie wyciągnęli też ręki po nieswoje. Feliks Dębski mógł liczyć na uczciwych sąsiadów, bo czasy stawały się coraz cięższe. A nieszczęścia nie omijały «Pana». W 1940 r. syn Feliksa, Henryk, został powołany do Armii Czerwonej. Żona Henryka, Franciszka z d. Janicka była w ciąży. Szybko wybuchła wojna 1941 r. Henryk zaginął bez wieści, jak tysiące innych Polaków i Ukraińców służących w Armii Czerwonej.

Kiedy przyszli Niemcy, Hryszczenkowie zorganizowali pochód z Ostrówek do Wyrki w celu przywitania nowych wyzwolicieli i przejęcia władzy. Mikołaj jako chłopiec brał udział w tym pochodzie, poszedł z ciekawości zobaczyć, co się będzie działo. Jego ojciec Fiodor nie poszedł, wytłumaczył się kalectwem. Podobnie postąpił Stepan Hryszczenko, ubolewający nad szczęśliwymi braćmi. Obaj natomiast – i Fiodor Zahorujko, i Stepan Hryszczenko – poszli roztropnie pochować konie do lasu. Niemcy wkraczali od strony Ośnicy Wielkiej. Ich ciężkie działa z trudem posuwały się po piaszczystej ziemi. Ciągnięte były przez konie, zabierano więc je miejscowym mieszkańcom. Niemcy byli opóźnieni, nigdzie się nie zatrzymywali, dlatego chleb na ręczniku nie wzbudził ich zainteresowania. Zapewne znudził ich w koło powtarzany ceremoniał. Przejechali przecież przez wiele ukraińskich wsi.

Witając Niemców Ukraińcy cieszyli się z rzekomo obiecanej Ukrainy, a Polacy, że nie pojadą na Sybir. Jedna z nauczycielek Polek w przypływie radości powiedziała coś do niemieckiego żołnierza, a po jego odpowiedzi zrobiła się czerwona jak burak. Mikołaj nigdy nie dowiedział się, co jej powiedział, a ta ciekawość nie dawała mu spokoju. Wrócił do Ostrówek, bo w Wyrce nic nadzwyczajnego już się nie działo. Witający w międzyczasie potracili swoje konie zarekwirowane przez wojsko niemieckie, a pozostały jedynie te pochowane w lesie. To zmniejszyło ich radość. Niemcy kazali wprawdzie iść za końmi i odebrać je, jak się zmęczą, ale nie miał kto pójść, bo właścicieli nie było w domach, witali niemieckich okupantów w Wyrce. Powszechnie stosowany był wówczas przez Niemców zwyczaj pozostawiania w zamian koni zmęczonych, a zabieranie wypoczętych od gospodarzy lub rekwizycja czasowa tj. gospodarz wyruszał za swoimi końmi, a kiedy były już wycieńczone, zabierał je z powrotem.

Niemcy dla utrzymania władzy potrzebowali sojuszników, najlepsi dla nich byli Ukraińcy. Poszli więc do szucmanszaftu z różnych powodów: jedni z ideowych, a inni z chęci zaistnienia i posiadania władzy. Iwan Hryszczenko jako ideowy nacjonalista poszedł w imię wymarzonej Ukrainy. Tak jedni, jak i drudzy nie mieli jednak pojęcia, że szybko staną się katami Żydów, a wielu z szucmanów nie było urodzonymi mordercami. Czasy jednak zrobiły z większości potwory. Niemcy nie ufali miejscowym, zasilali ich szeregi funkcjonariuszami z Galicji.

Pilnowali więc szucmani porządku wojennego i pośredniczyli w różnych sprawach. Nagminnie zajmowali się wypożyczaniem Żydów ze stepańskiego getta. Proceder polegał na tym, że zabierali na zamówienie np. krawca, szewca, stolarza itp., żeby wykonywał dla zleceniodawców pracę, a potem go odwozili. Szucmani dostawali jakąś zapłatę, pilnujący getta też, a Żyd mógł przywieźć jedzenie. Wszyscy byli zadowoleni.

Do likwidacji gett Niemcy wytypowali sadystycznych morderców. Wiedzieli, kto jest kim, kto może zabijać tysiące ludzi, a komu będzie to obojętne. Niemcy nadzorowali, a szucmani mordowali. Iwan Hryszczenko będący komendantem posterunku w Wyrce nie wzbudził jednak zaufania Niemców. On i jego dwaj podkomendni pozostali na swoim posterunku. Miał szczęście, że jego bracia i sąsiedzi Zahorujkowie mieli krytyczne poglądy wobec Holokaustu. Niemcy swoje, a bracia swoje. «Bądź człowiekiem» – ciągle to słyszał od braci.

Jednak coraz bardziej zdesperowani Żydzi nie czekali na likwidację getta, a uciekali i chowali się po wsiach. Przychodzili do Zahorujków, którzy ich karmili. Onisim Hreczucha ukrywał razem z Wołodią Zahorujką, s. Iwana, pięcioosobową rodzinę. Żydzi znali żonę Wołodii, bo u nich służyła, i do niej się zwrócili. Mieli zrobiony schron w lesie, około 200 m od domów, i tam koczowali. Ktoś doniósł, przyjechali więc po nich szucmani ze Stepania. Pobili Wołodię, a on widząc, że musi się przyznać, wskazał miejsce schronu. Nie wydał Onisima, sam przyjął dotkliwe razy. Żydów zabrali do getta.

Miejscowi szucmani dostali upomnienie, za niewłaściwe nadzorowanie rewiru. Będąc częścią machiny śmierci, brali udział w zabiciu Żyda ukrywającego się u Anieli, wdowy po Antonim Czarneckim na Rakowej Szyi za Wyrką. Żyda zabili szucmani z Rafałówki. Zadowolili się zabraną aparaturą do pędzenia samogonu i odstąpili od karania wdowy. Jej synowie, 10-letni Mirosław razem z 14-letnim Stanisławem, wywieźli zabitego Żyda sankami do lasu i tam go zakopali. 

Nie samą wojną żyli ludzie. Jesienią 1942 r. syn Piotra Zahorujki, Siergiej, ożenił się z Polką Jadzią Mokrzycką z Wyrki (nie zapytałem, gdzie odbył się ślub, prawdopodobnie w kościele). Świętowały rodziny, sąsiedzi i przyjaciele, dwie izby były pełne gości. Mokrzyccy, Zahorujkowie, Wawrzynowiczowie, Hryszczenkowie, Łuszczyńscy, Hreczuchy i Burzyńscy, nikomu nie przeszkadzało, że ten Polak, a ten Ukrainiec. Jedli, pili i słuchali muzykantów, grających raz ukraińskie, a raz polskie melodie. Na chwilę zapomnieli o wojnie. Wesele Ukraińca Siergieja z Polką było ostatnim w historii parafii wyrczańskiej. Związek zakończył się tragicznie, ale bawiąc się na weselu nie wiedzieli, co ich wkrótce czeka.

Nie było to pierwsze mieszane małżeństwo w rodzinie Zahorujków. Najpierw z Polką, Bronisławą Sulikowską c. Marcela z Wyrki, ożenił się stryjek Piotr. Potem z Niną, siostrą Mikołaja, a córką Fiodora Zahorujki, ożenił się wdowiec Cyprian Łuszczyński z Lad koło Huty Stepańskiej. Pomijając chronologię wydarzeń, przejdę do ich losu. Krążyły plotki, że Nina poszła za mąż «na majątek», bo jak inaczej wytłumaczyć, że ładna panna, wprawdzie niemłoda, wychodzi za wdowca z dziećmi. Łączyła ich jednak miłość, życie udowodniło to dobitnie.

Ze zmarłą żoną Walerią Kołodyńską Cyprian Łuszczyński miał czterech synów. Duże gospodarstwo i dzieci wymagały gospodyni i zastępczej matki, Nina wszystkie te cechy posiadała. Dzieci swoich nie mieli. Dożyli spokojnie do lipca 1943 r. Starszy syn Cypriana, Mieczysław, był na robotach w Niemczech, a drugi, Edward, w samoobronie w Hucie. 16 lipca, w dzień banderowskiego ataku na Lady, bracia bliźniacy, 14-letni Marian i Czesław, byli w domu. Atak, pomimo ciągłych ostrzeżeń ze strony samoobrony z Huty, był dla mieszkańców Lad zaskoczeniem. Nagle w kolonii zaroiło się od uzbrojonych w siekiery i widły Ukraińców. Łuszczyńscy w mroku nocy rozjaśnianym przez łuny pożarów obserwowali, co się dzieje. Uciekać nie było możliwości. Po sąsiedzku mieszkała siostra Cypriana, Paulina, z mężem Adamem Wiśniewskim. Ukraińcy wyciągnęli Adama z domu, Paulina rzuciła się na ratunek. Została uderzona toporem. Cios szedł na głowę, ale chybił i morderca odrąbał jej ramię. Jednocześnie zabili jej męża, a dom podpalili.

W tym czasie inni banderowcy wtargnęli do domu Niny i Cypriana. Kobieta wiedząc, że nie uratuje męża, postanowiła ratować jego synów. Banderowcom powiedziała, że to jej dzieci, które ma z Ukraińcem z Werbcza. Wymieniła fałszywie nazwisko rzekomego ojca, znanego w całej okolicy przedwojennego handlarza końmi. Oni w to uwierzyli. Cyprian został uderzony toporem na oczach dzieci i żony, padł natychmiast, ale przeżył.

Pomiędzy Hucianami krążyła fałszywa plotka, że to żona wydała go na śmierć. Mówiono, że dla osieroconych chłopców była bardzo niedobra. Wracam jej cześć i piszę, jak było, żeby na jej imieniu nie ciążyły takie zarzuty (opieram się tu również na rozmowach z rodziną ze strony Łuszczyńskich, Włoszczyńskich, Kołodyńskich i Brusiłów). Kobieta jakimś sposobem zabrała ciężko rannego męża i chłopców do Werbcza Wielkiego, ukrywała ich ratując im życie, a narażając swoje. Było to wielkie poświęcenie. Rodzina i życzliwi Ukraińcy, również ryzykując, pomagali jej. Cyprian nigdy nie wrócił do zdrowia, cierpiał bardzo od urazu głowy. Opiekująca się nim Nina niewiele mogła zrobić i jej mąż w niekończących się mękach zmarł w 1946 r.

Po wkroczeniu sowietów i śmierci ojca Marian Łuszczyński wsiadł do pociągu na stacji w Rafałówce, żeby pojechać do Polski. Wtedy był widziany ostatni raz i wszelki ślad «na dziś dzień» (tak określano zaginionych) po nim zaginął. Czesław pod zmienionym nazwiskiem żył przy dobrej macosze w odbudowanej po wojnie Wyrce, założył rodzinę i tam zmarł. W duszy zawsze był Polakiem, tęsknił do swoich, a swoi o nim nie zapomnieli. Przed śmiercią powrócił do ojcowskiego nazwiska Łuszczyński.

HUTA41 01

Ostrówki widziane od strony Siedliska. Przy wysokich drzewach było gospodarstwo Dębskiego

HUTA41 02

HUTA41 03

HUTA41 04

Ostrówki k. Wyrki, 2018 r.

(Ciąg dalszy nastąpi)

Tekst i zdjęcia: Janusz HOROSZKIEWICZ

CZYTAJ TAKŻE:

OTO POLAK: PAMIĘCI JEWHENIJA WITOLDA NAUMOWICZA Z KOSTOPOLA, SIEROTY WOŁYŃSKIEGO