Artykuły
  • Register

O piękną Helenę porwaną przez Parysa walczyli starożytni Achajowie z Trojanami. Część tej historii opisał Homer w «Iliadzie». Starzy Hucianie opisywali równie piękne historie, oczywiście na miarę wsi otaczających Hutę.

Wysłuchałem ich, a to, co zapamiętałem, staram się opisać, aby nie umarło w mgle zapomnienia.

Rozpocznę od podobnej historii chłopców z Halinówki, Nierucza i Tchorów, którzy pobili się o równie piękną dziewczynę. W odróżnieniu od starożytnych dzieliła ich mniejsza odległość do przebycia. Nie musieli płynąć przez morze, a jedynie przejść kilkanaście kilometrów przez żydowską Osowę, ukraiński Majdan Lipieński i polskie Nierucze, aby spotkać się w Halinówce.

Daniel Rafalski nie miał spokoju w miłości, do jego ukochanej panny Heleny bezceremonialnie zalecał się Henryk Długosz. Napięcie narastało, kawalerowie organizowali swoich sojuszników do nieuchronnej konfrontacji. Na zabawie w dawnym Domu Ludowym, a wtedy przemianowanym na świetlicę, doszło do wybuchu. Wszystko odbywało się przy dźwiękach wiejskiej zabawy. Od słowa do słowa i rozpoczęła się bójka pomiędzy kawalerami. Henrykowi natychmiast pomógł przygotowany na to kolega Józef Bodo – obaj bili Daniela. Ich z kolei w odwecie zaczęli okładać stronnicy tego ostatniego. Wtedy dla bezpieczeństwa ktoś rozsądny zgasił obie lampy naftowe, rozjaśniające pomieszczenie. Rozbicie ich spowodowałoby nieuchronny pożar. W zupełnej ciemności nikt nie wiedział, kto kogo bije i za co.

Kiedy już wszyscy mieli dosyć, bójka tak jak się nagle zaczęła, tak niespodziewanie ustała. Po zaświeceniu od nowa lamp zebranym ukazał się widok pobojowiska. Porozbijane szyby, połamane ławki i zawalony wysoki piec kaflowy. Nikt jednak nie był mocno pobity. W odróżnieniu od zabaw we wsiach ukraińskich, bijący się nie używali noży, bykowców i innych narzędzi, a jedynie pięści. Takie były zasady i wszyscy ich przestrzegali. Bykowiec był to bicz, występował w różnej formie. Najgorsze z nich to te z zatopionymi kulkami ołowiu na końcach, bo przy uderzeniu wyrywały ciało. Panny opatrzyły rany, pocieszyły obolałych i zaprosiły na następną zabawę. Potem antagoniści razem udali się w spokoju do swoich wsi. Sprawa wydawała się być zakończona.

Daniel jednak niewiele myśląc poszedł ze skargą na milicję sowiecką do Chołoniewicz, bo był rok 1940. Co go do tego skłoniło, nikt nie miał pojęcia. Nawet najbardziej pobity Wacław Wesoły, zaraz na drugi dzień pogodził się ze swoim bólem głowy i nie miał do nikogo żalu. Otrzymał przypadkowe uderzenie w głowę kaflem piecowym rzuconym w ciemności. Leżał dwa tygodnie i wszystko ładnie się zagoiło.

Sowieci aresztowali trzech prowodyrów: Henryka, Józefa i Daniela. Przesłuchali młodzieńców i osądzili. Na nic zdały się prośby, przeprosiny, obietnice poprawy i wzajemne wybaczenie. Sąd miał jeden wyrok – Sybir dla wszystkich. Jako uzasadnienie ogłosił, że w Związku Sowieckim nie ma bójek, ani niszczenia państwowej własności. Nowa władza wszelkie dolegliwości leczyła Sybirem, lekarstwa nie żałowano, aby tylko społeczeństwo wyzdrowiało. Strach przed wywózką był wszechobecny, a wywożono za byle wykroczenie.

Spośród licznych opowieści o zesłaniach opiszę jedną. Historię trzech braci Dawidowiczów z Tchorów.

Huta38 4

Tu były Tchory

Huta38 6

Gdzieś tu było centrum Tchorów

Huta38 7

Pomiędzy drzewami znalazłem pozostałości cegieł z podwalin domów

Najpierw wrócę jednak do czasów tuż przedwojennych. Na skraju ich kolonii stała nędzna chata i kuźnia Malczewskiego. Kowal żył biednie, pracy miał mało, bo konkurował z licznymi kuźniami. Na taki grunt rzucone ziarno buntu wydaje obfity plon. Malczewski pod swój dach przyjął włóczęgę-komunistę Kowalczyka i był pod wpływem jego ideologii. Kowalczyk prawdopodobnie ukrywał się przed policją. Nie przeszkadzało mu to jednak agitować przeciw władzy sanacyjnej, chwaląc dobrobyt sowiecki. Nie widział go, a chwalił. Szybko wybuchła wojna i przyszli ci, w których wierzył, z ich «dobrobytem».

Po lutowej wywózce 1940 r. stało się jasne, że sowieci twardą ręką będą sprawować władzę. Kowalczyk otwarcie z nimi współpracował. Politruk traktował go jednak z dystansem i obawą o swoją posadę. Miało na to wpływ między innymi wydarzenie w pobliskiej wsi Wilcze. Tam w czasie zimowego zebrania w szkole wydarzył się antysowiecki incydent. Politruk siedział przy piecu koło tablicy, podpierając głowę rękami o stół. Po wcześniejszej gościnie nie miał chęci do agitacji. Tak siedział, a oczy po wypitym samogonie same mu się zamykały, co wywoływało wesołość agitowanych. Aż się zamknęły i zebrani usłyszeli głęboki oddech śpiącego. Wtedy ktoś na tablicy napisał kredą: «Niech żyje wódz naczelny Sikorski». Obudzony politruk nie czytał tego, jedynie popatrzył z przerażeniem. Zmazał napis i bez słowa zakończył zebranie.

Za dwa dni niespodziewanie, bo wieczorem, zjawił się u przedwojennego sołtysa Władysława Blaźniaka. Powiedział, że jeden Ukrainiec z Majdanu Lipieńskiego zgłosił cały incydent z napisem na okrytym złą sławą Cumańskim posterunku NKWD, z pominięciem łagodnego w Chołoniewiczach. Podglądał zebranie przez okno. Politruk wytłumaczył, że jedynym ratunkiem jest zgodne zaparcie się takiego wydarzenia, choćby nawet torturowali, niech nikt się nie przyzna. Jak ktoś się przyzna, to cała wieś pojedzie na Sybir, razem z nim.

Wszyscy, którzy byli na zebraniu, zrozumieli swoje położenie bez dodatkowych wyjaśnień. Przesłuchiwani zgodnie zaparli się i o żadnym napisie nic nie wiedzieli. Wtedy na przesłuchanie wzięli Ukraińca, donosiciela. Wielogodzinne śledztwo wykazało niezgodność oskarżenia. Raz mówił: «Sikorski wódz naczelny niech żyje», a gnębiony i zastraszany mówił: «Wódz naczelny Sikorski niech żyje», z każdą godziną przesłuchania jeszcze inaczej zeznawał. To i udowodniona nieznajomość pisma polskiego spowodowały w efekcie oskarżenie donosiciela o fałszywy donos na politruka i obywateli sowieckich. Ukrainiec pojechał na Sybir, a uczestnicy zebrania odetchnęli.

Politruk nigdy na ten temat z nikim nie rozmawiał. Zastrzegł jednak, żeby samogonem go nie częstować, bo o nieszczęście nietrudno. Co najwyżej razem ze słoniną na wynos przygotować, ale żeby nikt tego nie widział. A i do Cumania też kazał coś przygotować, bo w zeznaniach uczestników zebrania coś się nie zgadzało, ale nie dociekali.

Ludność powoli oswajała się z nową sytuacją społeczną, obyczajową i ekonomiczną. Ukradkiem chodziła do kościoła, na jarmark, a najczęściej dnie i noce spędzała pod kooperatywą. Dotychczasowe sklepy przemianowane zostały w spółdzielnie i pod taką nazwą funkcjonowały. Do kupienia było w nich niewiele, zawsze jednak była tania wódka, śledzie, sól, czasem cukier i słodycze. Do każdego zakupu obowiązkowo sprzedawano tam malowane łyżki z drewna. Na przydział był też materiał, buty, a nawet kufajki. Nie było tego wiele, ale wystarczyło, żeby Jan Dawidowicz zrobił niewielkie manko, za które też pojechał na Sybir.

Wielogodzinne oczekiwanie pod kooperatywą stało się przyczyną nieszczęść rodziny Dawidowiczów. Trzej bracia, z natury dowcipni i radośni, nieopatrznymi wypowiedziami sprowadzili na siebie biedę. Ludzie schodzili się, a stojąc w kolejce dyskutowali, politykowali, przekazywali plotki i wiadomości. Jedni mówili, a drudzy słuchali, a potem donosili.

Kiedy przyszła kolej na Konstantego Sulikowskiego, kupił materiał na marynarkę, ale było go mało. Rozweselony sytuacją Adam Dawidowicz powiedział: «Na rękawy brakło, będzie kamizelka», jednocześnie naśmiewał się z sowieckiej myśli handlowej. Śmiech był groźny dla władzy. Jego brat Antoni Dawidowicz innym razem doradził chłopu z Ożgowego: «Ukryj zboże w beczkach, ja tak zrobiłem, szukali i nie znaleźli». Trzeci z braci, Dionizy Dawidowicz, posunął się daleko, zdecydowanie za daleko. Widząc lecący sowiecki samolot powiedział: «Polatają tak z rok, a najwyżej ze dwa i będzie koniec». Co miał na myśli i kto miał z nimi skończyć, to już nie powiedział.

Jak te nieopatrzne wypowiedzi trafiły do komunisty Kowalczyka, nikt nie wiedział. Ten jednak zrobił z nich użytek. Namówił wiejskich dziadów do złożenia donosów. Przekonał ich, że jak rodziny pracowitych Dawidowiczów wywiozą na Sybir, to oni zajmą ich obejścia. Tak z dziadów mieli stać się panami na wybudowanych przed wojną pięknych gospodarstwach.

Na Adama doniósł Konstanty Sulikowski s. Andrzeja. Donos na Antoniego złożył Władysław Kownacki s. Franciszka, a na Dionizego donosił Paweł Sawicki s. Piotra. Aresztowanie miało miejsce 6 sierpnia 1940 r. Pod dom Adama wozem konnym woźnica przywiózł młodego enkawudzistę, razem z nim przyjechał Władysław Kownacki, jako przewodnik. Wszystko nie wyglądało źle, enkawudzista był grzeczny, przeprowadził pobieżną rewizję, wyglądało to raczej jak poszukiwanie samogonu w kredensie. Wreszcie powiedział: «Wy takie dobre, za co wam takie zło ludzie zrobili» i kazał się ubierać. Żona przygotowała Adamowi ostatni raz w życiu jedzenie na drogę i pojechali spokojnie do Antoniego, a potem do Dionizego. Wszystko wyglądało podobnie. Nikt nie przeczuwał, że może ich coś złego spotkać. Enkawudzista nawet nie pilnował, czy siedzą na jadącym wozie, a drzemał na słomie. Pojechali jak na krótką przejażdżkę, a za chwilę mieliby wrócić. Tchorów już żaden z nich nie zobaczył.

Huta38 1

Janina Dawidowicz c. Adama. 1952 r.

Huta38 2

Malwina Sawicka z Tchorów. Zdjęcie przedwojenne Przedwojenne zdjęcie

Huta38 3

Władysław Sawicki z Tchorów. 1939 r.

Niedługo potem przyszły do rodzin urzędowe zawiadomienia o procesie w Równem. Żony wynajęły bałagułę (Żyd woźnica) z Osowej i pojechały na proces. Był krótki, w kolejce stały inne rodziny, czekały na następne rozprawy. W trakcie pseudoprocesu Paweł Sawicki chciał wycofać swoje oskarżenie i nie zeznawać. Prokurator powiedział, że jak nie będzie współpracował, to dołączy do sądzonych. Zmuszony potwierdził wcześniejsze oskarżenia.

Zapadł szybko wyrok: Adam dostał 5 lat, Antoni 7 lat, a Dionizy 8 lat zesłania do Obozu Pracy Poprawczej w Borowiczach koło Leningradu. Tam pracowali przy budowie elektrowni wodnej na rzece Msta. Po kilku miesiącach przyszły dwa listy do rodzin od Adama. Było tam napisane kilka zdań, że żyją, są zdrowi i dobrze traktowani. Prosili o paczki z jedzeniem.

Prawda wyszła na jaw dopiero po wojnie. Głodowali tam ciężko pracując, długo spali pod gołym niebem na mrozie. Wielu z zesłańców zmarło, a za groby mieli doły bez krzyża. Relację zdali Antoni i Dionizy, wybawieni amnestią z 12 sierpnia 1941 r. i wstąpieniem do Armii Andersa. Adama z nimi nie było, rozchorował się na mrozie i zmarł. Wszystko, co po nim pozostało, to listy.

Sąsiedzi-donosiciele byli pewni, że sowieci przyjadą nocą, wywiozą całe rodziny, a o ich podłości nikt się nie dowie. Tak zapewniał ich Kowalczyk i tak było w lutowej wywózce. Sowieci jednak rodzin nie ruszyli, a donosiciele musieli znosić pogardę ludności.

Kowalczyk uciekł z sowietami w 1941 r. i nikt o nim już nie słyszał. Ten, który go przyjął, Malczewski, przeżył mordy banderowskie z synem Antonim (ur. w 1929 r.). Jednak jego żonę (imię nie zostało zapamiętane) i córkę Zosię (ur. w 1937 r.) zamordowali banderowcy w czasie ucieczki do Huty Stepańskiej. Donosiciel na Adama mieszkał na Ziemiach Odzyskanych po sąsiedzku z wdową, która przy każdej okazji wypominała mu podłość.

W czasie ucieczki do Huty Stepańskiej w lipcu 1943 r. rodzinom zesłanych pomógł Ukrainiec z Telcz. Był u nich parobkiem – domownikiem, zapakował wozy i pognał wszystkie krowy. Został z Polakami w czasie ataku na Hutę i uciekł razem z Hucianami do Niemiec. Potem żył jako Polak pod nazwiskiem Jakub Dawidowicz we wsi koło Żagania straszony przez matkę Kownackiego, która mówiła: «Siedź cicho, bo powiem, jakiś ty Polak».

 Huta38 5

Krzyż w Tchorach

 Huta38 8

Na miejscu Tchorów pozostały jeszcze stare grusze

 Huta38 9

Topole sadzone za Polski przy drogach miały zatrzymywać iskry lecące ze strzech w czasie pożaru

Tekst i zdjęcia: Janusz HOROSZKIEWICZ

P. S.: Z wielkim smutkiem i żalem przyjąłem wiadomość, że 8 listopada 2020 r. odeszła od nas w wieku 96 lat Czesława Piątkowska z domu Dawidowicz c. Adama urodzona w miejscowości Tchory na Wołyniu (parafia Huta Stepańska). Urna z prochami spoczęła w rodzinnym grobie na cmentarzu parafialnym w Nowiźnie.

Kondolencje Dawidowicz

Czesława do samej śmierci zachowała pamięć i błyskotliwy umysł. W wielogodzinnym wywiadzie przekazała mi szeroką wiedzę o wydarzeniach z czasu wojny. Artykuł «Zsyłka na Sybir braci Dawidowiczów z Tchorów» oparłem na Jej opowieści. Będzie mi Czesławy bardzo brakować, coraz mniej ich już zostało. Ich, urodzonych na Wołyniu. Wieczna Jej Pamięć.

Janusz Horoszkiewicz

CZYTAJ TAKŻE:

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: WYWÓZKA POLAKÓW ZA BUG

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: POWRÓT JADWIGI Z SYBERII

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: ZABICIE NIEMCA W FOLWARKU I ŚMIERĆ MARIANA FELIŃSKIEGO

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: ŻAŁOSNE ŻNIWA W SARNACH I DROGA DO ŚMIERCI MARIANA FELIŃSKIEGO

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: ŻYDZI – NASI ODWIECZNI SĄSIEDZI

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: SĄD NAD JADWIGĄ FELIŃSKĄ

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: KŁOPOTY MIŁOSNE W FOLWARKU KOŁO OSTÓW

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: POLICJANCI I PRZESTĘPCY

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: OBRONA HUTY STEPAŃSKIEJ

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

 

 Kursy walut

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

 

cz

 

 

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1