Artykuły
  • Register

Pogorzeliska Folwarku, Ostów i Janówki, kolonii polskich położonych po sąsiedzku, straszyły swym wyglądem. Prawie nikt tam nie mieszkał, z wyjątkiem poszukiwaczy ukrytego w różnych, często ziemnych schowkach jedzenia. 

Sterczące kominy na tle ośnieżonego krajobrazu wyglądały upiornie. I nagle pogorzelisko ożyło, niespodziewanie dla nikogo, razem z przyjściem frontu w styczniu 1944 r.

W kilkunastu niespalonych budynkach w Janówce i Ostach oraz kilku w Folwarku pojawili się na nowo ludzie. Powodem było ciągłe bombardowanie Sarn. Wypędziło ono ukrywających się tam przed banderowcami Polaków. Następną przyczyną było zakwaterowanie czerwonoarmistów, na których potrzeby masowo i bezceremonialnie usuwano lokatorów z zajmowanych mieszkań. Nie bez znaczenia było też zmniejszenie zagrożenia banderowskiego i głód w mieście. Sowieci utworzyli też placówkę Istribitielnych batalionów w Folwarku, a w Janówce stacjonowała «dziesiątka» NKWD.

Huta37 3

Droga na Osty

Huta37 6

Widok z Ostów na Janówkę

Ludzie chcąc nie chcąc musieli wrócić na pogorzeliska. Kopce z ziemniakami były prawie nienaruszone, a w beczkach zakopane zboże. W Janówce szybko uruchomiono ukryte przed Niemcami żarna. Uprzątnięto też pogorzeliska, robiąc dostęp do niezawalonych w czasie pożogi pieców. Było więc co jeść. Tuż po ucieczce Niemców zaopatrzono się rabując ich magazyny wojskowe. Główną zdobyczą była suszona kapusta z mięsem, którą szczęściarze solidarnie dzielili, po jednym wiadrze.

Ciężkie czasy zmuszały do walki o przetrwanie. Lata wojny nauczyły wszystkich tej umiejętności. Uciekający Niemcy, koło torów, na ich zakręcie w kierunku Kowla, zabili kilkanaście wielkich koni pociągowych. Mięsa końskiego wtedy nikt nie jadł z wielkiego szacunku do roli, jaką te zwierzęta spełniały w życiu rolników. Ci, którzy szybko się zorientowali, na tych zabitych koniach doszli do grosza. Do tamtego czasu słaba zima, razem z wkroczeniem sowietów stała się mroźna i wietrzna, mięso zamarzło i można je było długo sprzedawać. Systematycznie było wycinane i robiono z niego kotlety lub pielmienie, które sprzedawano w wielkich ilościach czerwonoarmistom. Podobnie, ile się dało, pędzony był samogon, który miał wielkie wzięcie. Sowieci płacili rublami, zapałkami, naftą, tytoniem, kufajkami, walonkami i wszystkim, czym mogli. Podobnie jak wcześniej Niemcy. Armia sowiecka, która przyszła w 1944 r. to nie była ta, która uciekała przed Niemcami, żołnierze byli ciepło ubrani, zdyscyplinowani, uzbrojeni, wreszcie można było też zobaczyć, jaki posiadają stopień, wiedziano, z kim się rozmawia. Sowieci nie robili żadnych złudzeń, w ich mniemaniu wyzwolili swoją ziemię.

Do Sarn wracało życie. Normalizowały się stosunki Polaków z Ukraińcami. Uratowani, nieliczni Żydzi wyszli ze swoich kryjówek, ich domy były jednak zajęte. Nikt nie chciał dobrowolnie oddawać zawłaszczonych budynków. Tworzyła się administracja, zaczęły działać urzędy, poczta, szkoła, otwarto szpital. Powstawały jadłodajnie dla nędzarzy i kalek wojennych. Dzieci-sieroty otrzymały codziennie przydział kromki chleba z marmoladą, którą jadły w ogrzewanej stołówce popijając posłodzoną herbatą.

Zdolnych do służby wojskowej Polaków Wojsko Polskie powołało do Sum na przeszkolenie. Prawie wszyscy poszli, nieliczni symulowali choroby. Po kilku miesiącach jechali przez Sarny na front. Niektórym udało się odwiedzić rodziny, ale mieli na to jedynie godziny i pojechali dalej. Pozostali tylko starzy i kobiety.

W spalonych koloniach na nowo rozpoczęło się budowanie domów, tzw. czarnych chat, z nieociosanych sosenek. Bez okien, ale z drzwiami. Takie tymczasowe, na wpół kurne budowle. Stanisława, ta co wróciła z Niemiec, sprzedała Ukraińcom drewno zgromadzone w Folwarku na dom, sama mieszkała w mieście. Już nie rabowali, a kupowali za normalne pieniądze. Potem przyjęła Jadwigę, wracającą z Syberii. Odbyło się kilka wesel, a jesienią gospodarze obsiali zbożami pola. Z frontu bez ręki wrócił Roman Kunicki. Przybyli też niektórzy przymusowi robotnicy z Niemiec. Czekano na powrót pozostałych.

W połowie września 1944 r. wszystko nagle się zachwiało, w dusze powracających do powojennego życia ludzi zawitała niepewność. Wiadomość przyniosła Sabina Drzewiecka i zaraz podzieliła się nią z sąsiadami. Za torami, przy przejściu, od miesięcy stał Żyd Samuel, co handlował papierosami, zapałkami i pasmanterią. Cały majątek mieścił się w jednej skrzynce, którą po zakończonym handlu niósł do kwatery. Wszystkich zatrzymywał i pytał, czy nie widzieli jego córki, bo uciekli razem z getta i więcej jej nie spotkał. Jak kogoś udało mu się zatrzymać, to wyciągał zdjęcie zaginionej i opowiadał ich historię. Nie dopuszczał do siebie myśli, że może już nie żyć. To on powiedział Sabinie: «Ojojoj, ojojoj, pani Drzewiecka, co to będzie, ojojoj. Powiedzieli mi «nasi», że mają wszystkich Żydów i Polaków wywozić. A gdzie nas będą wywozić, to nie powiedzieli, ojojoj, ojojoj». Ksiądz w kościele potwierdził słowa Żyda, ale ludzie jeszcze mieli nadzieję, że to tylko plotki.

Kilka miesięcy później zwołano zebranie, organizowane przez Państwowy Urząd Repatriacyjny. Odbyło się ono w starym domu Teodorowiczów. Nowy dom, choć niespalony, pełny był zaschniętej krwi po dokonanym w nim mordzie ośmiu osób. Przybyli wszyscy i z wielkim zainteresowaniem słuchali wystąpienia przedstawiciela PUR z Sarn. Przekonywał o potrzebie wyjazdu, nie wskazując dokładnego miejsca docelowego, wyjaśniał okoliczności powstania nowej granicy. Zebranych Polaków bardzo zmyliła jego sugestia, że wyjazd jest tymczasowy, a za osiem miesięcy wszyscy wrócą. Sabina Drzewiecka, która zajęła piękny dom po Żydach, pierwsza wstała i powiedziała, że nigdzie nie pojedzie. Za nią uczynili to pozostali uczestnicy i zebranie się zakończyło.

Sowieci rozpuścili wtedy plotkę, że kto nie będzie chciał jechać za Bug, to pojedzie za Ural. Było już jasne, że Polacy bojąc się tak banderowców, jak i Sybiru wyjadą. Kiedy nastał styczeń 1945 r., pomiędzy Polakami wybuchła panika i pojawiła się chęć natychmiastowego wyjazdu. Sygnałem było zabicie w Folwarku Michała Felińskiego, który poszedł tam z Sarn przed Bożym Narodzeniem szukać ukrytego jedzenia. Kiedy na Trzech Króli w 1945 r. jego syn Anastazy wyruszył z kolei szukać ojca, też nie wrócił. Kolejny syn Michała, Szczepan, razem z «zagonem polowym» NKWD wybrał się do Kryczylska, oni jechali łapać banderowców, a on szukać brata i ojca. W czasie przesłuchania aresztowany, znajomy banderowiec, powiedział, gdzie szukać zwłok. Zamarznięte ciało ojca wisiało w lesie, obok leżał nowy biały kożuch. Nikt nie potrafił wyjaśnić, co miał znaczyć ten kożuch. Gdzie były zwłoki brata Anastazego, nie udało się ustalić, banderowiec powiedział, że był zakopany żywcem, a wcześniej bardzo torturowany.

Sowieci, aby dodatkowo zachęcić opornych, zlikwidowali posterunek Istribitieli i «dziesiątkę» NKWD z Janówki. Polacy zostali pozbawieni ochrony. Kilka tygodni później rozpoczęła się wywózka. Albo raczej wędrówka narodu z nadzieją w nieznane.

Pierwszy podstawiony pociąg do Polski odjechał 2 lutego 1945 r. (niektórzy twierdzą raczej błędnie, że było to wcześniej). Zanim to się jednak stało, chętni przez dwie doby dzień i noc pilnowali kolejki na stacji. W pierwszym transporcie był wielki ścisk, nie można było zabierać zwierząt. Pod stacją natychmiast zjawili się Ukraińcy, chętni za marne grosze kupić zwierzęta, a wywożeni musieli je sprzedać lub zostawić. Jedynie «wierujuszczy» (zielonoświątkowcy zwani sztundami) płacili uczciwie.

Wywiezieni w pierwszym transporcie wyszli na tym najgorzej, zostali przywiezieni w okolice Chełma i Hrubieszowa. Trafili z biedy do biedy. Skierowani zostali do Uchania, Teratyna, Miednik, Wojsławic i innych wsi. Tam zajmowali nędzne gospodarki po wywożonych Ukraińcach. Dochodziły do nich wiadomości o napadach rabunkowych na kolumny przesiedlanych Ukraińców. Z powodu licznych kłopotów, w tym z miejscowym polskim podziemiem, prawie wszyscy zmuszeni zostali do opuszczenia tych gospodarstw. Obawiali się o swoje życie, byli okradani, bici, po prostu niechciani. Wiele razy musieli udowadniać, że nie są Ukraińcami, o co ciągle ich posądzano.

Następne cztery wywózki przebiegały już bardziej spokojnie, a transporty jechały na ziemie poniemieckie. Tam Polacy zajmowali nowoczesne gospodarstwa, podnosząc swój poziom cywilizacyjny przynajmniej o jedno pokolenie. Popłoch na nowo wytworzył się przy ostatnim transporcie, 2 maja 1945 r. Ostatni Polacy bali się, że zabraknie dla nich miejsca. Jednak obawy się nie spełniły, a wręcz na odwrót, mogli zabrać ze sobą trochę majątku i zwierzęta domowe. Mieli też czas na przygotowanie wagonów do drogi, nad krowami i końmi wykonywali prycze, żeby zrobić miejsce. Jechali w nieznane, zabierali więc stoły, krzesła, rozebrane wozy konne. Podobnie przygotowali żywność, którą zabrali ze sobą: faski z serem i masłem, worki mąki, ziarno na siew, ziemniaki, chleb świeży i suszony. Nie mogło zabraknąć też samogonu, jedynej i uniwersalnej waluty w czasach wojny. Niektórzy trafili do gospodarstw, w których mieszkali jeszcze niewysiedleni Niemcy.

W ostatnim transporcie wyjechał ks. proboszcz Jan Lewiński z Sarn, który zabrał ze sobą obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej. Kiedy pociąg miał ruszać, wszyscy rozpoczęli śpiewać pieśń do Matki Boskiej: «Serdeczna Matko opiekunko ludzi, niech Cię płacz ludzi do litości wzbudzi».

Każdy wyjeżdzający miał sporządzony przez PUR spis majątku, który pozostawił na Ukrainie. W zależności jakie kto miał znajomości i ile samogonu zaniósł, taki majątek został mu zapisany. Niektórzy biedacy pozostawili bogate gospodarki, pełne zwierząt i domy kryte błyszczącą blachą, przy których płynęły rzeki mleka i miodu. Bajki takie przekazywane z pokolenia na pokolenie do dziś zabierają spokojny sen spadkobiercom utraconych «fortun».

Pociągi z wywożonymi zatrzymywały się przed granicą i sowieci dokonywali szczegółowej rewizji. Tak znaleźli ukryty w jedzeniu pistolet Mirosława Bronowickiego. Aresztowali go i odesłali do Sarn, zdołał jednak uciec i szczęśliwie pod innym nazwiskiem przyjechał w ostatniej wywózce.

Opustoszały kolonie Folwark, Osty i Janówka. Jednak znalazła się rodzina, która nie wyjechała i pozostała. Bronisław Feliński z Ostów powiedział, że nigdzie nie pojadą i nie pojechali. Jego dom banderowcy podpalali, ale on go ugasił. Mama jego żony Heleny chorowała i wtedy minął czas na zgłoszenie chęci wyjazdu, a potem było już za późno. Zostali sami, a ich los był niepewny. Ukraińcy jeszcze nie zagospodarowywali opuszczonych ziem, samotność doskwierała im najbardziej. Małe dzieci i chora teściowa powodowały, że Bronisław był zmuszony trwać na swoim.

Huta37 2

Córka Bronisława Felińskiego Halina z mężem

Nocami przychodzili banderowcy, po kilku, potem następni, aż wszyscy stali się znajomi. Dopytywali się o gospodarza, kazali Helenie zabierać dzieci i wynosić się. Ona prosiła, przekonywała, że męża nie ma i nie wie, kiedy wróci, a jak z dziećmi ma sama iść. Banderowcy doskonale wiedzieli, że Bronisław się ukrywa, złapanie i zabicie go nie sprawiłoby im większego kłopotu. Przed świtem uprawiał pole, przychodził do domu, karmił zwierzęta, ukrywał się w szałasie leśnym. Szukali go, nachodzili rodzinę, ale krzywdy nie zrobili. Grozili Helenie, że już ostatni raz ostrzegają, a następnym razem spalą dom, jak się nie wyniosą. Wreszcie zdesperowana powiedziała: «Zabijcie, ja nie mam gdzie iść». Pogrozili i poszli. Ale dalej przychodzili się zagrzać, wypić samogonu. Pewnie się wstydzili, że przychodzą jak żebracy, więc formalnie, w mowie, podtrzymywali groźby. Zjadali, co było i odchodzili.

Do Ukraińców bali się iść, obawiali się zdrady, prawdopodobnie byli obcymi, którzy nie mieli jak do domów wrócić. Ścigało ich NKWD, tak myśliwi stali się zwierzyną łowną. Porobili sobie ziemianki w lesie horodzieckim i czuwali, czy nie nadchodzą sowieci. Wcześniej mieli kryjówki na Rychcie w lesie kryczylskim, ale Istribitielnyje bataliony zaatakowały je i podpaliły. Banderowcy uciekli, a oni ich nie ścigali, każdy chciał żyć, a nie umierać po wojnie.

Bronisław nigdy nie żałował, że został. Niedawno jego syn Władysław (obecnie jego nazwisko jest zapisane jako Filiński) rozebrał stary dom, w nowym ma jeszcze stół, który przetrwał po podpaleniu. Pytałem, czy ma Kartę Polaka, powiedział mi, że mu nie jest potrzebna. Tu żyje, sąsiedzi to dobrzy ludzie, tu jest jego miejsce. Żonę ma Ukrainkę. Jego siostra Stanisława miała męża Ukraińca, który już nie żyje. Mówiła, że był bardzo dobrym człowiekiem. Kiedy obawiała się, czy czasem ktoś nie będzie jej dokuczał, że jest Polką, on powiedział: «Jak ktoś ci dokuczy, to uduszę». Dziś opowiada to z uśmiechem. Nikt nie dokuczał, a o sąsiadach Ukraińcach mówi jak o najlepszych ludziach.

Huta37 4

Rodzina Felińskich

Huta37 5

Stasia Filińska z wnuczkami

Huta37 1

Autor ze Stasią i Władysławem Filińskimi

Nikt z moich rozmówców – a miałem ich bardzo wielu – nie żałował, że został wywieziony do nowej Polski, niektórzy wręcz byli szczęśliwi. Mogli oderwać się od banderowskiego piekła i wspomnień. Wszyscy jednak tęsknili do stron ojczystych i w tej tęsknocie umierali.

Huta37 7

Władysław Filiński pozostaje, my odjeżdżamy. Jego droga do domu na Osty

(Pierwszy odcinek historii z Folwarku w gminie Niemowicze znajdą Państwo tu, drugi – tu, trzeci – tu, czwarty – tu, piąty – tu).

Janusz HOROSZKIEWICZ

CZYTAJ TAKŻE:

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: POWRÓT JADWIGI Z SYBERII

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: ZABICIE NIEMCA W FOLWARKU I ŚMIERĆ MARIANA FELIŃSKIEGO

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: ŻAŁOSNE ŻNIWA W SARNACH I DROGA DO ŚMIERCI MARIANA FELIŃSKIEGO

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: ŻYDZI – NASI ODWIECZNI SĄSIEDZI

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: SĄD NAD JADWIGĄ FELIŃSKĄ

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: KŁOPOTY MIŁOSNE W FOLWARKU KOŁO OSTÓW

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: POLICJANCI I PRZESTĘPCY

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: OBRONA HUTY STEPAŃSKIEJ

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: AZOR, PIES PIOTRA BRZOZOWSKIEGO Z SIEDLISKA