Artykuły
  • Register

Ten wyjątkowy artysta pozornie był nikim. Nie miał pracowni, drogich ubrań, pieniędzy. Stał się osobliwością miasteczka, w którym żył i malował. Zapewne czasem czuł się jak w podrzędnym cyrku, gdzie ludzie przychodzili, aby popatrzeć na kobietę z brodą albo człowieka słonia.

Był niskim, niepozornej budowy mężczyzną, odzianym zazwyczaj w zniszczone ubrania oraz posiadającym sklejone byle jak i byle czym okulary. Bardziej przypominał żebraka niż malarza, którego prace dzisiaj należą do poszukiwanych i najczęściej podrabianych.

Zbigniew Herbert w wierszu «Nikifor» pisał:

(…) «W blaszanym pogiętym pudełku
mieszkają okruchy tęczy
barwne kamyki
z których Pan Bóg
zrobił mozaikę ziemi
kawałek burzy
kawałek liścia
kawałek wody
pędzelkiem wyleniałym
jak mysi ogonek
dotyka się delikatnie
kamyków świata
przedtem
trzeba pędzel poruszyć
to znaczy poślinić» (…)

Epifaniusz Drowniak, tak naprawdę nazywał się jeden z najbardziej rozpoznawalnych prymitywistów, który sam nadał sobie imię Nikifor. Pochodzenie malarza współcześni poznali dopiero po jego śmierci, gdy odnaleziono metrykę artysty. Jego matka, Eudokia Drowniak, posługaczka w krynickim pensjonacie «Trzy Róże», 21 maja 1895 r. urodziła chłopca. Ojciec pozostał nieznany.

Czas płynął, dziecko dorastało, ale miało ogromny problem z nauką, nie ukończyło nawet szkoły powszechnej, a umiejętność pisania opanowało tylko drukowanymi literami. Z trudem przychodziło mu także komunikowanie się z otoczeniem. Nikifor do końca życia mówił bełkotliwie, tak, że mało kto był w stanie go zrozumieć. Chłopiec za to, od najmłodszych lat, bardzo lubił malować.

Malował czym się dało i na czym się dało. Używał tempery, farb olejnych, ale najczęściej tanich akwareli, przy których co chwilę ślinił pędzelek. Ponieważ brakowało mu papieru, swoje pierwsze prace wykonywał na starych urzędowych drukach, kartkach z zeszytu, nawet tych zapisanych, na papierowych opakowaniach po żywności, papierosach, tekturkach. Nigdy w życiu nie malował na sztalugach ani nawet nie miał palety. Nie było go stać na takie fanaberie.

Jego «Nikifory», jak zaczęto z czasem nazywać prace artysty, trudno pomylić z twórczością jakiegokolwiek innego malarza. Na obrazku Nikifora najpierw pojawiał się kontur, precyzyjny szkic wszystkiego, co miało zapełnić malarską przestrzeń. Później rodziły się kolory nakładane warstwowo. Gdy jedna wyschła, kładł następną. Wreszcie, aby wyostrzyć obraz oraz oddzielić od siebie elementy kompozycji, jeszcze raz, na koniec, podkreślał kontury ciemnymi liniami. Najchętniej posługiwał się zieleniami, brązami, szarością, błękitami oraz odcieniami barwy żółtej.

Utrwalał miejską architekturę Krynicy i Krakowa, niekiedy cerkwie, wyjątkowo ludzi. Czasem malował siebie, ale tylko jako nauczyciela pochylonego nad książką, króla, biskupa albo eleganckiego człowieka zmierzającego z teczką do jakiegoś wyimaginowanego biura lub ważnego urzędu. Była to niewątpliwie próba zaklinania rzeczywistości, stawał się wówczas pępkiem świata. Marzenia artysty się spełniły, gdy jego akwarele zaczęły osiągać zawrotne ceny. Stać go już było wtedy na własne mieszkanie, samochód z kierowcą, a nawet na wczasy w Bułgarii. W jego pracach zadziwia i zachwyca niewiarygodna ilość detali. Balustrady balkonów, rysunek murów, liczba okien w fasadach budynków, dachówki, okiennice itd. Na obrazach prymitywisty odnajdziemy w nadzwyczajny sposób przeplatającą się tradycję polską i łemkowską.

Nikifor pędził w Krynicy życie smutne i jednostajne. Wstawał, ubierał się w swoje zniszczone ubranie i bez śniadania wychodził na miasto, w którym wszyscy go znali, ale nikt nie lubił i próbował swoimi obrazkami zarobić na życie. Wieczorem wracał na swoją twardą ławkę przy piecu. Liczył grosze, które wpadły mu do kapelusza i szedł spać. Rok 1930 stał się dla malarza przełomowy. Oto w Krynicy pojawił się ukraiński malarz Roman Turyn. Zachwyciły go akwarele prymitywisty i postanowił zainteresować nimi kapistów.

W 1932 r. prace Nikifora znalazły się na zbiorowej wystawie w Paryżu. Był to początek długiej drogi malarza na artystyczne salony świata. Pierwszą indywidualną wystawę artysty udało się zorganizować w 1949 r., a dopiero od końca lat pięćdziesiątych zaczął cieszyć się uznaniem. Do sukcesu malarza przyczynił się w znacznym stopniu Andrzej Banach, który wraz ze swoją żoną zobaczył w Nikiforze artystę wyjątkowego. Od tej pory twórczość prymitywisty można było oglądać w Amsterdamie, Brukseli, Frankfurcie, Wiedniu, Hajfie, Londynie i Chicago.

Nikifor Drowniak 1963

W 1959 r., po jednej z wystaw w Paryżu w L’Express pojawił się artykuł pt. «Genialny kloszard polski Nikifor», którego autor napisał: «Nareszcie prawdziwy naiwny. Ma 65 lat, twarz przebiegłą bezzębnego żebraka. Jest zawsze źle ogolony. Źle mówi, jest prawie zupełnie głuchy i w kraju, gdzie żebractwo jest surowo zakazane, ma pisemne upoważnienie do uprawiania swej «działalności» (…) Maluje od niepamiętnych czasów (…) Są to dziwne akwarele, o oszałamiającej niezręczności. Przypominają zarazem ikony, które Nikifor zna znakomicie, i dzieła Celnika Rousseau czy Viviana, których Nikifor nie zna zupełnie (…). Nie umie czytać ani pisać. To prymityw XX stulecia – współczesny garncarzom azteckim sprzed dwóch tysięcy lat (…). Wystawa jego (…) jest być może, w tej światowej stolicy malarstwa rewelacją roku».

Wszystkie lata, w których Nikifor żył za pan brat z biedą i głodem musiały pozostawić po sobie pamiątkę, jaką była gruźlica. Mimo że artysta ulegał napadom długiego i męczącego kaszlu, bardzo długo bronił się przed szpitalem. W chwili, gdy zgodził się na leczenie, choroba była tak zaawansowana, a organizm wyniszczony, że niewiele można było już zrobić. W ostatnich miesiącach życia Nikifor malował świętych na małych karteczkach. Przyklejał je potem do szyb okien pokoju szpitalnego, w którym leżał i umarł. Pogrzeb odbył się 10 października 1968 r. w Krynicy.
W 2004 r. na ekrany kin wszedł film «Mój Nikifor» w reżyserii Krzysztofa Krauzego opowiadający o ostatnich latach życia malarza. Ciekawostką jest to, że w główną postać wcieliła się kobieta, wyjątkowa aktorka, Krystyna Feldman.

Gabriela WOŹNIAK-KOWALIK,
nauczycielka skierowana do Łucka i Kowla
przez ORPEG
Autor zdjęcia: Tadeusz Rolke, Public Domain

CZYTAJ TAKŻE:

ABC KULTURY POLSKIEJ: PO PROSTU MITORAJ

ABC KULTURY POLSKIEJ: TAJEMNICZE ABAKANY

ABC KULTURY POLSKIEJ: SZTUKA W CYFRACH – ROMAN OPAŁKA

ABC KULTURY: SZYMON KOBYLIŃSKI – CZŁOWIEK INSTYTUCJA

ABC KULTURY POLSKIEJ: PIÓRKIEM I WĘGLEM

ABC KULTURY POLSKIEJ: WOJCIECH WEISS – OBRAZ NA MALARSKIEJ PALECIE

ABC KULTURY POLSKIEJ: FRANCISZEK ŻMURKO – MALARZ SALONOWY

ABC KULTURY POLSKIEJ: WŁADYSŁAW ŚLEWIŃSKI – POLSKI GAUGUIN