Artykuły
  • Register

Czasy po I wojnie światowej i wojnie bolszewickiej nie były spokojne, ale ciekawe. Powszechny dostęp do broni i przełamana w czasie wojny bariera człowieczeństwa sprzyjały napadom bandyckim.

Przestępcy wokół Huty Stepańskiej i okolicy, dzielili się na «przejściowych» i «zatwardziałych». Jedni wchodzili w konflikt z prawem okazjonalnie, a drudzy żyli z przestępstwem na co dzień.

W całej Polsce znane były wyczyny bandytów spod Przeworska – Polaków Byka i Maczugi, o których rozpisywała się ówczesna prasa. Pomiędzy Derażnym, Cumaniem a Czartoryskiem grasowały dwie bandy rabunkowe Orła i Chomy, Ukraińców spod Diuksyna. Nie zapuszczały się jednak pod Hutę z powodu silnie zorganizowanego Związku Strzeleckiego, który na tamte niespokojne czasy wydawał broń swoim członkom w depozyt. Na każdy więc alarm pod bronią znajdowało się kilkudziesięciu strzelców, wspierających czterech policjantów z posterunku.

Rewir posterunku policyjnego w Hucie Stepańskiej obejmował wsie i kolonie polskie, był więc oazą spokoju. Sąsiednie rewiry, Stepań, Stydyń Wielki, Chołoniewicze, Antonówka i Rafałówka, nie miały łatwego życia, ścierały się z dominującym żywiołem ukraińskim, dla którego polski policjant był uosobieniem zła i symbolem ucisku. Policja ścigała tam złodziei drewna i organizacje narodowościowe Ukraińców i Żydów, które były antypolskie.   

Komendant posterunku w Hucie miał mimo wszystko wiele kłopotów ze swoimi «przejściowymi». Nie było tygodnia bez nowego aresztanta w celi pod posterunkiem, z którym nie wiadomo, co było robić. Wszyscy natomiast wiedzieli, że aresztowanego musi utrzymać rodzina, dać mu jeść, pić i ubrać go, co często było wielkim obciążeniem, jeśli pochodził z odległej wsi lub był z biedoty. Uwzględnić trzeba było, że zwyczajowo karmiono przy okazji również policjantów. Żeby łagodnie przesłuchiwali, a i ciężkich zarzutów nie przedstawili. Posiedział więc aresztant tydzień, dwa, lub nawet trzy i trzeba było go wypuścić, żeby zrobić miejsce nowemu.

Tak było z mężem znanej w Hucie Janki Sawickiej, którą podpalił razem z kochankiem w domu wynajmowanym na sklep. Dom się spalił, kochankowie mimo zamkniętych okiennic zdołali jakoś uciec, ku niewyobrażalnemu rozczarowaniu męża. Janka po kilku dniach chodzenia uprosiła komendanta, żeby go wypuścił. W raporcie stwierdził, że dom zapalił się od lampy naftowej i uwolnił jej męża. Ten jednak po wyjściu zabrał swoje rzeczy i wyjechał. Janka szybko znalazła sobie nowego kochanka, dobrze sytuowanego.

Podobnie było z Łucjanem Brzozowskim z Wyrki, on to z kolei za namową Żyda z Rafałówki kupił sobie u niego płaszcz najnowszej mody, dwurzędowy prochowiec z gabardyny. Problemem jednak było, że nie miał pieniędzy. Żeby zdobyć grosze na kolejną ratę zmuszony był kraść. Wyszedł na dach Gracjana Brzozowskiego w Siedlisku po strzesze, zrobił dziurę w słomie i wsunął się na strych, aby nabrać zboża z beczek. Wszystko poszło prawie dobrze, worek zboża wystarczył na kolejną ratę. Łucjan jednak zapomniał zabrać płaszcz, który ściągnął z siebie i zostawił koło obrabowanego domu. Policja bez najmniejszego kłopotu odnalazła sprawcę. Po kilku dniach też go wypuścili. Żyd zabrał płaszcz, a za procent policzył sobie wcześniej zaniesione produkty i zboże. Łucjan poszedł do pracy w Janowej Dolinie, gdzie w kamieniołomie dorobił się nie tylko płaszcza, ale i roweru. We wsi zyskał przydomek Gabardyna.

Społeczeństwo żyło według wiekowych zasad. Każdy znał swoje miejsce, musiał być «człowiekiem», wtedy mógł liczyć na ludzkie traktowanie, mimo swoich ułomności i okresowych konfliktów z prawem. Jednak stała się rzecz straszna, niespodziewanie zachorowała mała córka komendanta i szybko zmarła. Żona całymi dniami płakała przy wykonanym z kremowego marmuru nagrobku. Lekarze zalecili bezzwłoczne opuszczenie Huty i tak się stało. Komendant z żoną wyjechali, żegnani ze łzami przez całą wieś. Nikt jednak nie zapamiętał ich nazwiska.

Na przestępców i zwykłych spokojnych mieszkańców padł strach, co teraz będzie? Nastały jednak czasy komendanta Tokarka, człowieka zdecydowanego, z pozoru surowego, a w duszy przyjaznego, z filozofią życia, którą głosił swoim podwładnym: «Tak karać, aby ukarany kłaniał się wam na drodze». Zyskał komendant szacunek i posłuszeństwo, do tego stopnia, że jednym zdaniem zamykał czterech rosłych i mocarnych braci Bobrów, synów Mikołaja z Wyrobek, którzy przychodzili do Huty jedynie po to, aby razem z miejscowymi wybić chłopców z sąsiednich wsi. Komendant kazał iść do aresztu, a oni szli. To było niewiarygodne.

Huta 263 1

Tokarek – komendant policji z Huty Stepańskiej. Zdjęcie udostępnione autorowi przez Edwarda Kwiatkowskiego

Huta 263 2

Policjant z Huty. Zdjęcie udostępnione autorowi przez Edwarda Kwiatkowskiego

Jednego wieczora na posterunek przybył saniami posłaniec. Przy posterunku bowiem mieściło się mieszkanie służbowe komendanta, podobnie było przy szkole, gdzie mieszkał kierownik szkoły, i przy poczcie. Posłaniec strwożonym głosem prosił o szybką interwencję w sąsiedniej Omelance, choć podlegała pod posterunek w Stydyniu Wielkim, ale zbyt odległym, a sprawa nagliła.

W domu Cypriana Horoszkiewicza odbywała się zabawa karnawałowa. Kiedy goście w najlepsze się bawili przy dźwiękach ludowej kapeli, do wielkiej sali, która była budowana z myślą o wynajęciu dla szkoły, wszedł Jan Sawicki. Na środku sali postawił krzesło, siadł na nim i grożąc rewolwerem muzykantom zakazał dalszej gry stwierdzając: «Dziś tańców nie będzie». Poszło o dziewczynę, która nie odwzajemniała mu uczuć. Jan był rosłym, silnym i odważnym kawalerem po wojsku, nikogo we wsi się nie bał. Nawet nie chodziło tu o jego siłę, a o koneksje licznej rodziny, na której mógł polegać. W samej tylko Hucie były 34 rodziny Sawickich, a ruszyć ich, to jakby kij wsadzić w mrowisko.

Huta 263 5

Sawicki. Zdjęcie udostępnione autorowi przez Edwarda Kwiatkowskiego

Huta 263 4

Sawiccy z Huty. 1938 r. Zdjęcie udostępnione autorowi przez Edwarda Kwiatkowskiego

Wszyscy, więc czekali na przybycie policjantów, którzy przyjechali na dwóch saniach. Drzwi się otwarły, a w nich ukazał się Tokarek z hełmem na głowie i radomskim mauzerem w rękach. Nie przestraszyło to Jana, który stwierdził: «Komendancie, noga za próg toś trup». Komendant się zatrzymał, a następnie cofnął, stwierdzając: «Nie będzie ci do śmiechu, twój ojciec zaraz tu będzie, już po niego posłałem. Wiem coś ty za gagatek». Na sali zapanowała całkowita cisza, wszyscy wiedzieli, że Jan z wielkim szacunkiem odnosił się do rodziców. Przybyły wreszcie sanie z ojcem. Rozmowa z synem była grzeczna i cicha, mówił bez gniewu, a syn równie spokojnie mu odpowiadał. Nikt nie słyszał, co mówili. Po chwili ojciec podszedł do komendanta i powiedział: «Komendancie, mój syn powiedział, że zabawy nie będzie, to nie będzie. Mnie nie posłucha, jedynie Matki by usłuchał, ale żona już śpi i nie będę jej budził. Powiedz, komendancie, na którą godzinę ma się jutro stawić do aresztu?» «Na 9.00» – stwierdził Tokarek i policjanci odjechali. Jan tydzień siedział w celi, ku zgryzocie komendanta, bo nic sobie z tego nie robił i nie było sposobu, aby go wystraszyć. Aż go wypuścił, przecież nie podlegał pod ich rewir, a pod stydyński. Do tego ludzie prosili, żeby go wypuścić, to co miał zrobić.

W czasie obrony Huty Stepańskiej przed banderowcami Jan i bracia dzielnie walczyli w obsadzie I Sektora Obrony. Jak szli na pierwszą linię, to ojciec do synów powiedział: «Synkowie, wycofywać się nie ma gdzie». A do Janka dorzucił: «Pilnuj braci» i pobłogosławił ich. Od matki otrzymali szkaplerze poświęcone w Kazimierce, które w naszej wierze chronią od nieszczęść.

Po wojnie rodzina zajmowała się rolnictwem, komuniści zaliczyli ich do «kułaków» i traktowali jako wrogów. W czasach I Sekretarza Gierka zajęli się hodowlą kur. Pasza jednak była reglamentowana. Dla pokornych nie brakowało, Sawiccy jej nie otrzymywali, dziesiątki tysięcy kur z tego powodu padło. Nie ugięli się jednak, dziś są zamożnymi biznesmenami i doskonale sobie radzą.

Co do pozostałych losów Hucian, a związanych z tematem «policja» i «kariera powojenna», dodam, że Hucianie ze swojej ziemi poszli bosi i goli, w ciężkich czasach nie mieli nic. Nowa komunistyczna władza, mimo swoich okrucieństw ułomności i zniewolenia, dawała takim jak oni szansę na awans społeczny. W nowych granicach, gdzie Polska kończyła się na Bugu, ludność nastawiona była antykomunistycznie. Ocaleni Hucianie mieli inne odczucia, w większości nie walczyli z nową władzą, dość mieli już wojny. Poszli do szkół i masowo się kształcili upatrując w tym swoją przyszłość. Z dawnej parafii Huta Stepańska wyszło 2 generałów, 14 pułkowników i dziesiątki oficerów wojska i milicji. Innym tematem są stanowiska cywilne i zawodowe, gdzie parafianie zajmowali równie ważne posady.

Takie to Huciańskie losy.

Huta 263 3

Szczepan Horoszkiewicz stoi na miejscu, gdzie zaczynała się Omelanka

Janusz HOROSZKIEWICZ

CZYTAJ TAKŻE:

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: OBRONA HUTY STEPAŃSKIEJ

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: AZOR, PIES PIOTRA BRZOZOWSKIEGO Z SIEDLISKA

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: EPIDEMIE PUSTOSZĄCE WOŁYŃ

OCALENI OD ZAPOMNIENIA: STANISŁAW BRODECKI

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: WRÓŻBA CYGANKI

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: WOJNA, WOJSKO I NIESZCZĘSNE PIENIĄDZE

HUCIAŃSKIE OPOWIEŚCI: PRZYJECHALI PO NICH W NOCY

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

 

 Kursy walut

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

 

cz

 

 

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1