Artykuły
  • Register

17 czerwca mija 110. rocznica urodzin ojca Serafina Kaszuby, kapłana, który mimo prześladowań przez władze komunistyczne, pozostał wierny Bogu i swojemu powołaniu.

Na szczęście dziś możemy swobodnie wyznawać swoją wiarę i chodzić do kościoła, z wyjątkiem sytuacji, gdy musimy przetrwać niektóre ograniczenia z powodu pandemii COVID-19. W czasie kwarantanny trudno było się przyzwyczaić do nabożeństw online, ale modlić się nikt nam nie zabrania. А jak było wtedy, kiedy władze komunistyczne zamykały świątynie, prześladowały kapłanów, a modlitwę uważano za przestępstwo?

W trudnych powojennych czasach, gdy ludzie bali się przechowywać w domu modlitewniki i ikony, katolicy Rówieńszczyzny jednak nie wyparli się wiary. Podtrzymywać ją pomagał ksiądz Serafin Kaszuba (1910-1977), który zrezygnował z wyjazdu do Polski, pozostając w Związku Radzieckim, by służyć Bogu i ludziom.

Wcześniej mogłam tylko przeczytać o życiu ojca Serafina, którego heroiczność cnót została uznana dekretem papieża Franciszka w 2017 r. Na szczęście żyją jeszcze ci, którzy go znali i pamiętają. Są tacy wśród parafian kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa w Kostopolu. Udało mi się z nimi porozmawiać o kapłanie i jego wizytach w tym mieście.

Kaszuba 1

Kaszuba 2

Medaliki i obrazek świętego Józefa z tamtych lat. Zdjęcie udostępnione przez Mieczysława Łabeńskiego

Na początku lat 50-tych ХХ w. ojciec Serafin Kaszuba niósł posługę w Równem, Zdołbunowie, Sarnach i Ostrogu, dojeżdżał również do Dubna i Korca. W Kostopolu nie było wówczas czynnego kościoła, więc miejscowi katolicy udawali się na nabożeństwa do Równego. Moi współrozmówcy wspominali, że jeszcze jako dzieci byli z matkami na mszach w rówieńskim kościele Świętego Antoniego. «W 1954 r. miałam tam moją pierwszą spowiedź i pierwszą komunię świętą» – opowiada Maria Smolijczuk.

Jednak raz na dwa lub trzy miesiące, według wspomnień moich rozmówców, ojciec Serafin Kaszuba przyjeżdżał do Kostopola, gdzie czekali na niego wierni. Biorąc pod uwagę, że był śledzony, parafianie po kryjomu spotykali się z księdzem w swoich mieszkaniach, wybierając dom jak najdalej od dworca, by nikt ich nie zobaczył.

Kiedy kapłan wyjeżdżał z Równego, funkcjonariusze KGB już czekali na niego na dworcu w Kostopolu. Wiedząc o tym, ksiądz nie dojeżdżał do stacji kolejowej. Wyskakiwał z pociągu, jak tylko ten wyjeżdżając z lasu, zwalniał bieg. Tam ojca Serafina spotykał ktoś z parafian i odprowadzał do mieszkania, w którym ten odprawiał mszę, spowiadał lub udzielał chrztu.

Kaszuba 3

Kaszuba 4

Od rozjazdu kolejowego do dworca w Kostopolu jest 10 minut szybkim krokiem. Zdjęcie autorki

Kaszuba 5

Stacja kolejowa w Kostopolu. Zdjęcie autorki

Takie spotkania z kostopolskimi wiernymi odbywały się wieczorami. Po ulicach miasta właśnie chodzili komsomolcy. Aby nikt z zewnątrz niczego nie zobaczył, okna podczas nabożeństwa zasłaniano kołdrą i zapalano lampę naftową, by słabo świeciła.

Następnego dnia o 6 rano ojciec Serafin wracał z powrotem. Parafianie pomagali mu przebrać się, żeby trudno było go poznać. Przed wyjściem księdza z domu, najpierw wychodził ktoś z parafian, by sprawdzić, czy nikogo nie ma w pobliżu. Księdza odprowadzano na dworzec, z którego pociągiem odjeżdżał z Kostopola.

«Na nabożeństwa do Równego jeździłem z mamą mniej więcej w latach 1951–1953. Kiedy poszedłem do szkoły, już na nich nie byłem. Rodzice uczęszczali na msze w Kostopolu, kiedy przyjeżdżał ojciec Serafin. Nas z bratem zostawiali z babcią i kazali nikomu w szkole nie opowiadać, że rodzice chodzą na nabożeństwa i się modlą. W mszach uczestniczyły tylko osoby starsze, ponieważ dzieci gdzieś w szkole mogły przypadkowo się wygadać. Rodzice wychodzili z domu około godz. 19.00–20.00 і wracali о 23.00 czy 24.00» – wspomina Mieczysław Łabeński.

Dzięki konspiracji ojca Kaszuby w Kostopolu nie zobaczył nikt, kto mógłby donieść na niego lub zatrzymać. Na tajne nabożeństwa przychodzili tylko starsi ludzie, pamietający wojnę. Byli powściągliwi, wierni Bogu i żadnej osobie postronnej nie opowiadali o przyjazdach księdza.

Zaufane osoby zbierały w Kostopolu datki na kościół і następnie odwoziły je do Równego. Umawiały się również na kolejny przyjazd księdza, zaś po powrocie do domu przekazywały innym wiernym informacje o dacie spotkania.

Leonida Waszewicz, jedna z obecnych kostopolskich parafianek, w latach 50. mieszkała w Hucie Kurczyckiej w rejonie nowogród-wołyńskim w obwodzie żytomierskim і pamięta, jak była ochrzczona przez ojca Serafina Kaszubę. Miała wtedy 8 lub 9 lat. Księdza do wsi przywieziono furmanką przebranego za żebraka, by nikt go nie poznał.

Pamięta, że miała być ochrzczona w dużej chacie. W dniu, w którym miał być udzielony sakrament chrztu, akurat przed tym, jak przyszła jej kolej, do chaty wpadli sąsiedzi і powiedzieli, że ojca Serafina szukają funkcjonariusze MGB (do 1946 r. – NKWD). Wtedy księdza, by nikt go nie znalazł, bezpiecznie ukryto w sianie w stodole.

Kilka dni później ojciec Kaszuba znowu przyjechał do Huty Kurczyckiej. Właśnie wtedy została ochrzczona Leonida Waszewicz.

Parafianie wspominają ojca Serafina jako człowieka ofiarnego, uprzejmego i dobrego.

«Kiedy przyjeżdżaliśmy z mamą do Równego, po mszy ojciec Serafin podchodził do mnie, by porozmawiać. Podchodził też do innych wiernych. Był dobrym człowiekiem, takim, jakim powinien być ksiądz. Chociaż wtedy byłem mały, dobrze zapamiętałem księdza. Zawsze był w brązowym habicie» – opowiada Mieczysław Łabeński.

«Ojciec był szczupły, przystojny. Był bardzo miłym i dobrym człowiekiem, lubił dzieci» – dzieli się wspomnieniami Bolesława Romaniuk. Jej siostra, Maria Smolijczuk, również wspomina, że ojciec Serafin był bardzo dobry: «Mama opowiadała, że kiedy byłam mała i pewnego razu ona poszła doić krowę, to pilnował mnie. A później ochrzcił moją córkę».

Ksiądz nie posiadał zbyt wielu rzeczy. Miał małą walizkę, w której przewoził ubranie, świece, kadzidło, wszystko, co jest potrzebne do poświęcenia, i oczywiście Biblię.

Kiedy kostopolscy parafianie wspominali ojca Serafina, było widać, że pozostawił ślad w ich sercach. Minęło wiele lat, jednak wciąż pamiętają o nim i z radością dzielą się swoimi wspomnieniami.

Pytani o to, czy ich rodzice bali się w tamtych czasach, że ktoś postronny mógł się dowiedzieć o przyjazdach księdza, odpowiadali, że ludzie, którzy przeżyli wojnę i mieli silną wiarę, nie bali się. Wiadomo, byli ostrożni w słowach i czynach, jednak byli przekonani, że przede wszystkim pomagała im wiara w Boga.

Jak udało się im zachować wiarę przez te wszystkie lata? Wyjaśnił to Mieczysław Łabeński: «Wiara zrodziła się w tych trudnych czasach, później porosły jej gałęzie. Tak jak rośnie drzewo – puszcza gałęzie i się rozrasta. Tak i my. Widziałem, jak modlą się moi rodzice i modliłem się razem z nimi, moje dzieci naśladując nas z żoną, przekazały wiarę swoim dzieciom».

Taisija PETRYNA

CZYTAJ TAKŻE:

OJCIEC SERAFIN KASZUBA: STAŁ SIĘ WSZYSTKIM DLA WSZYSTKICH

NOWE WYDANIA BIBLIOTEKI «WOŁANIE Z WOŁYNIA»

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

 

 Kursy walut

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

 

cz

 

 

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1