Artykuły
  • Register

Proponujemy dziś naszym Czytelnikom szóstą – ostatnią – część wspomnień Władysława Lechowicza, opracowanych przez jego wnuczkę Danutę Wielgosz z Przemyśla. Autor tego pamiętnika po siedmiu latach, czterech miesiącach i trzech dniach powrócił do rodzinnego Przeworska.

Kilka dni po kapitulacji Niemiec w oddziałach odbywały się zebrania informacyjne o sytuacji w kraju i obecnym układzie politycznym na świecie prowadzone przez oficerów wydziału 2-go. Zebranie w batalionie łączności obsługiwał porucznik Grot na specjalnie zradiofonizowanym na tę okazję placu. Przewidywał on powrót do Ojczyzny z całym korpusem, w pełnym umundurowaniu i uzbrojeniu, obrzucanie kwiatami przez rodaków, ale dopiero po uregulowaniu stosunków pomiędzy ZSRR a władzami alianckimi. Zadawano mu pytania, czy nie będą, jak ich przodkowie, wracać z obczyzny o kiju żebraczym? Czy Ojczyzna nie potraktuje ich po macoszemu, jak kiedyś Hallerczyków? Oficer był pewny tego, że: «Tylko my będziemy dyktować warunki». Dla odprężenia żołnierzy, także dlatego, aby nie myśleli o zmarłych kolegach czy też rodzinie w kraju, organizowano wycieczki i imprezy rozrywkowo-kulturalne. Była okazja zwiedzenia Bolonii, Modeny, Reggio, Parmy, Piecenzy, Torino, Milano, Como, Verony, Padwy, Asyża i najpiękniejszej z tego wszystkiego, Wenecji.

17 czerwca wyjechali do Imoli, po trzech dniach do Bolonii, a następnie do S. Giorgio, gdzie zakwaterowani byli nad małym potoczkiem w namiotach opodal dobrze naświetlonej słońcem winnicy. Dowództwo zaś było w pewnym oddaleniu, w pałacu magnata włoskiego, który to uciekł razem z Niemcami. Oddziały, mocno przerzedzone, uzupełniono o ochotników z obozów jenieckich przeważnie z pochodzenia Ślązaków oraz napływających w większości z Austrii pracowników pracy przymusowej. Wszyscy byli żądni wieści z kraju, ze stron rodzinnych, ale takich wieści było niewiele. W międzyczasie wyjeżdżały pierwsze transporty do kraju. Wyjeżdżający obiecywali dać znać, co się dzieje w Polsce i zawiadomić nasze rodziny.

Rzadko kto z dowódców oficjalnie żegnał swoich byłych żołnierzy, a jeśli to robił to nie publicznie. Żołnierze zgłaszający chęć powrotu do kraju, byli natychmiast izolowani od reszty kolegów i jeszcze starano się ich odwieść od tego zamiaru. Tłumaczono, że w kraju najprawdopodobniej czekają ich represje i obozy pracy gorsze niż w ZSRR. Dla całej reszty pozostającej w oczekiwaniu każdy taki wyjazd kolegi był także wielkim przeżyciem. Od kilku lat bowiem wszyscy byli razem i żyli jak rodzina. Dzielili się nieraz ostatnim kęsem chleba i ratowali się często od niechybnej śmierci, która w czasie wojny groziła każdemu niezależnie od przydziału, stanowiska i stopnia.

3 października 1945 r. w związku z porą deszczową i chłodami, zmienili kwatery, przenosząc się do miasteczka Falconara. Życie nadal było jednakowo monotonne, a jednocześnie pełne obaw o jutro, tyle że nie stacjonowali pod namiotami.

Mieszkańcy miasteczka utrzymywali stosunki z wojskiem w zależności od spodziewanych korzyści materialnych. Zdarzały się tu przypadki okradania żołnierskich kwater pomimo środków ostrożności. Złodzieje zabierali dosłownie wszystko, starając się robić to tak, aby na pierwszy rzut oka nie było widać niczego. Z tego powodu zdarzały się nieporozumienia między żołnierzami, a nawet oficerami wyższych stopni, którzy posądzając się wzajemnie, wyzywali się i skakali sobie do oczu. Jak się później okazało złodziejski proceder uprawiały zorganizowane bandy trudne do wykrycia, bo siedziby swoje miały wysoko w górach. Okradały nie tylko żołnierzy i oficerów, ale i miejscową ludność, wojskowe magazyny, transporty, części z samochodów, kradły dosłownie wszystko. Bandy te rekrutowały się często z dezerterów różnych narodowości, w tym także kobiet. W stosunku do tych ludzi były stosowane dotkliwe kary z wyrokami śmierci włącznie. Przypadki uczestnictwa Polaków w tych bandach były wyjątkowo przykre i były rysą na honorze dobrego imienia Polaka. Tutaj dopiero widać było, że wojna otworzyła bramy więzień ludziom o różnej reputacji.

7 kwietnia 1946 r. przeniesiono ich do Ancony i zakwaterowano w koszarach Caserma Villarey. Był to stary budynek, olbrzymi o ogromnych salach, szerokich korytarzach i wytartych od żołnierskich butów schodach.

Władysław Lechowicz mieszkał tam w jednej z mniejszych sal o metrażu około 70 metrów kwadratowych wraz z plutonowym Władysławem Gajewskim i kapralem Józefem Bagińskim. Wejście do tej sali prowadziło przez kancelarię. Wygody zazdrościł im nawet sam dowódca porucznik Ziemniak, który musiał mieszkać w budynku dla oficerów. Czuł się tam dość niezręcznie, a to z powodu zakwaterowania w bezpośredniej bliskości kapelana.

W Anconie odwiedzało Władysława Lechowicza często sporo znajomych rodaków z innych formacji wojskowych. Czasem zostawali na kilka dni. Nie miał problemu z ich zakwaterowaniem czy wyżywieniem, bowiem w tym okresie pełnił funkcję podoficera gospodarczego. Dostawienie dodatkowego łóżka polowego nie było problemem. Wyżywienie było bardzo dobre, pomimo że z wojskowych zapasów karmiono także cywili z obozów polskich.

Zmniejszone etaty żołnierskie w poszczególnych oddziałach powstałe na skutek strat wojennych w ludziach, a później także z powodu wyjazdów do kraju uzupełniano repatriantami napływającymi z Austrii, Czechosłowacji, Niemiec, Francji, a nawet uciekinierów z Polski. Wielu kolegów w ich gronie znalazło znajomych, rodziców, rodzeństwo, dzieci i żony. Zdarzało się, że żony przybywały z dodatkowym przychówkiem wojennym. Byli tacy, którzy przyjmowali to jakoś i cieszyli się tym, że w końcu spotkali się i że są cali i zdrowi. Byli też tacy, którzy nie przyjmowali żadnych tłumaczeń, pomimo że podczas tej wojennej tułaczki sami swoją moralność nieraz wystawiali na szwank i sami nie byli bez grzechu. Wielu też żołnierzy w tym okresie zawarło związki małżeńskie z Włoszkami, jak też ochotniczkami Pomocniczej Służby Kobiet, czy też dziewczętami przybyłymi już po wojnie. Ci żołnierze mieli pozwolenie na zajmowanie kwater cywilnych w zasięgu stacjonowania oddziałów.

Wiadomości, które docierały do Ancony różnymi kanałami, nie były zachwycające. Każdy czekał na wiadomość od swojej rodziny. Niektórych opanowywała nadmierna nerwowość. Dochodziło do sprzeczek między najlepszymi przyjaciółmi. Chodziły słuchy, że listy wysyłane do kraju przez polskie poczty nie dochodzą, że są topione w morzu lub palone, bo na tyle wysłanej korespondencji nikt nie dostawał żadnej odpowiedzi. Zaczęto pisać innymi drogami, poprzez Polonię amerykańską, francuską i pocztę włoską. Zaczęły napływać wiadomości, że są to pierwsze listy, jakie otrzymują od dawno niewidzianych członków rodzin.

Władysław Lechowicz także tą drogą zaczął wysyłać wiadomości. Odpowiedzi doczekał się w pierwszych dniach maja. Przyszło przez rodzinę kolegi Dunajskiego, zamieszkałą we Francji. Z następnych listów dowiedział się także, że wiadomości wysłane poprzez Polonię amerykańską także docierały. Znając już braki występujące wtedy w Polsce zaczął wysyłać paczki z odzieżą i obuwiem. Przez wyjeżdżających do kraju podał pieniądze w kwocie 155 dolarów. Pieniądze te jednak nie dotarły z różnych przyczyn, a szkoda, bo pomogłyby rozwiązać wiele problemów, z jakimi w tym czasie borykała się jego rodzina.

W Anconie odbył się też mecz piłki nożnej pomiędzy reprezentacjami wojska polskiego i angielskiego. Pierwsze spotkanie Polacy wygrali przewagą dwóch bramek, a drugie, jak mówili wtajemniczeni, proponowano im przegrać, aby zachować prestiż Wielkiej Brytanii, za co jakoby Brytyjczycy zobowiązali się zasilić budżet potrzeb polskich kwotą tysiąca funtów. Ówczesne polskie władze uniesione honorem nie przyjęły tych warunków. Mecz odbył się przy udziale 100 tys. żołnierzy polskich i angielskich, generalicji, władz miasta i osób cywilnych. Anglicy ten mecz wygrali z przewagą siedmiu bramek pozwalając jedynie na strzelenie jednej bramki honorowej. Po skończonym meczu angielski generał powiedział, że proponując pieniądze za przegrany mecz, nie mieli na myśli przekupstwa czy żebractwa, a jedynie chcieli sobie oszczędzić kosztów związanych ze ściągnięciem najlepszych zawodników z terenu całego Dominium Brytyjskiego, a ich transport lotniczy kosztował trochę więcej.

2 października 1946 r. – wyjazd z Ancony, by przez Falconarę i Rzym dotrzeć do Neapolu, gdzie nastąpiło zdanie posiadanego przez wojsko sprzętu zmechanizowanego i ciężkiej broni. Aż żal było patrzeć, jak w przeważającej większości sprzęt ten pod nadzorem Anglików był niszczony przez jeńców niemieckich.

31 października 1946 r. opuszczali na zawsze Neapol. 1 listopada byli na wysokości Sycylii, dwa dni później mijali wyspy hiszpańskie, Maroko, wybrzeże Afryki, Gibraltar, aby 4 listopada minąć Oporto – granicę hiszpańsko-portugalską, a 6 listopada dotrzeć do Liverpoolu i Dublina.

7 listopada 1946 r. zawinęli do portu w Glasgow. Tu przenocowali w namiotach. Około południa dnia następnego odbyła się dokładna odprawa celna i z Glasgow wyjechali pociągiem do Carmathen, a następnie samochodami do obozów zwolnionych przez amerykańskie wojska w Pembroke. Blaszane baraki miały dobre wyposażenie. Dokuczał tylko ustawiczny deszcz i zgniłe zimno. Najważniejszym tematem rozmów było: «Co będzie z nimi dalej?» Miejscowa ludność nie okazywała żadnej życzliwości. Mieli wyraźnie dosyć obcego wojska.

27 listopada 1946 r. zostali przeniesieni do Withybush koło Haverfordwest do równie dobrze wyposażonego obozu. «Tutaj stosunki z miejscową ludnością były poprawne. Byliśmy zapraszani do pubów lub piwiarni na przysłowiową «bombę» pod warunkiem jednak płacenia każdy sam za siebie, a nawet do prywatnych domów». Dość zadziwiającą rzeczą dla Polaków było picie rozcieńczonej z wodą wódki małymi łyczkami. Żołnierze sądzili, że jest to związane z niezwykłą oszczędnością Anglików. Natomiast Polacy pijący przysłowiową «setkę» jednym haustem wywoływali w Anglikach zdziwienie i zdumienie, a właściciele pubów ostrzegali przed skutkami ewentualnego zatrucia alkoholem. Pobyt w Anglii był urozmaicany udziałem w zabawach tanecznych z odpłatnym bufetem.

W czasie pobytu Polaków w Wielkiej Brytanii, kraj nawiedziła zima stulecia. Spadły wielkie śniegi, a mróz z morskim wiatrem dawały się bardzo we znaki. Wyginęły wtedy liczne stada owiec, w normalnych warunkach przez cały rok trzymane pod gołym niebem lub też mające za schronienie tylko prowizoryczne zadaszenia. Wysokie zaspy śnieżne dochodzące do dwóch metrów wysokości odcięły komunikację kolejową i samochodową między miastami, uniemożliwiając zaopatrzenie w żywność i artykuły przemysłowe. Porwane zostały linie telefoniczne i wysokiego napięcia. Wymagały szybkiej naprawy. Żołnierze polscy, jak kiedyś w bitwie o Anglię i teraz, wzięli czynny udział pracując dniem i nocą niepomni na szykany, jakie czasem ich tu spotykały. Anglicy w prasie bardzo podkreślali ich ofiarność, ale już po opanowaniu sytuacji nie omieszkali dawać znowu do zrozumienia, że miejsce Polaka powinno być w Polsce.

10 maja 1947 r., po zdaniu sprzętu i zajmowanych funkcji, Władysław Lechowicz pożegnał się z kolegami i przełożonymi i wraz z grupą żołnierzy wyjechał do obozu kwarantanny przed wyjazdem do kraju. Po kwarantannie 5 czerwca wyjechali do 95 Polskiego Obozu Repatriacyjnego w Stewarton, gdzie oczekiwali na statek do Polski. W obozie tym spotkał porucznika Antoniego Kowala zatrudnionego tam dorywczo. On i jego brat – Jan Kowal, oficer służby czynnej, pozostali w Anglii.

22 czerwca 1947 r. Władysław Lechowicz był już na pełnym morzu płynąc statkiem do Gdańska. W Gdańsku grała orkiestra wojskowa, witały ich tłumy przybyłych rodzin i mieszkańcy miasta. Duma rozpierała serce. Łez nie wstydził się nikt. Kontrola celna i formalności repatriacyjne zostały załatwione 24 czerwca, a po przespanej nocy każdy otrzymał zaświadczenie upoważniające do przejazdu koleją do swoich rodzinnych miejscowości. Wraz z nim wracali koledzy Józef Uberman z Dębowa oraz marynarz Roman Kaczmarz z Przeworska. Podróż z Gdańska do Przeworska trwała dwa dni z przesiadkami.

Od chwili wyjścia z domu w 1939 r. powrócił do niego po siedmiu latach, czterech miesiącach i trzech dniach. Jedyne zadośćuczynienie za te wszystkie lata to nagrody: Krzyż Walecznych (rozkaz nr 98/44 4.XIX.1944), Krzyż Monte Cassino (nr 40.755. L. dz. 3.504 26.VII.1944), Medal Wojska (legitymacja numer 18.650, rozkaz 165/46), Gwiazda za Wojnę 1939–1945, Gwiazda Italii 1939–1945 (rozkaz nr 51/45 1.IV.1946), The War Medal 1939–1945, Defence Medal 1939–1945 (rozkaz nr 2.120/46 12.XII.1946).

Bezpośrednio po powrocie miał trudności z zatrudnieniem i był kilkakrotnie przesłuchiwany. W końcu znalazł pracę w cukrowni «Przeworsk».

Mój dziadek, Władysław Lechowicz, syn Wincentego i Marii, ur. 17 czerwca 1909 r. w Przeworsku, był żonaty z Kazimierą, z domu Maciejewską. Zmarł 5 maja 1995 r. na zawał serca. Jest pochowany na cmentarzu w Przeworsku.

Zawsze pamiętam Go jako człowieka pogodnego i pełnego zaufania do ludzi. Wiele razy powtarzał, że gdyby na swojej drodze nie spotkał dobrych ludzi, to na pewno by nie przeżył. Żona Kazimiera nie przepadała nigdy za jego wojennymi opowieściami. Po latach zdaję sobie sprawę, jak jej musiało być ciężko: nagle została sama z dwójką malutkich dzieci na utrzymaniu. Myślę, że Ona, jak chyba wszystkie kobiety w tym trudnym czasie, była nie mniejszą bohaterką od swego męża.

Lechowiczowie na cmentarzu

Wspomnienia Władysława Lechowicza opracowała Danuta Wielgosz

CZYTAJ TAKŻE:

WSPOMNIENIA WŁADYSŁAWA LECHOWICZA: Z PRZEWORSKA DO SOWIECKICH ŁAGRÓW

WSPOMNIENIA WŁADYSŁAWA LECHOWICZA: TO BYŁ INNY ŚWIAT. CZĘŚĆ 2

WSPOMNIENIA WŁADYSŁAWA LECHOWICZA: OSTATNIE SPOTKANIE Z BRATEM. CZĘŚĆ 3

WSPOMNIENIA WŁADYSŁAWA LECHOWICZA: BITWA O MONTE CASSINO. CZĘŚĆ 4

WSPOMNIENIA WŁADYSŁAWA LECHOWICZA: WZDŁUŻ TRASY ADRIATYCKIEJ. CZĘŚĆ 5

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

 

 Kursy walut

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

 

cz

 

 

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1