Artykuły
  • Register

moj kresowy pidhytsinvk.com.ua«Kto nie ukochał swojej własnej ziemi, kto na jej ustach sercem nie zawisnął, o! temu płomień miłości nie błysnął, ten i świat obejmie dłońmi zimnemi» (Jan Kasprowicz).

 

Jestem Wołynianką i w mojej opowieści pragnę zapoznać Czytelników z moim kresowym, dziecięcym patriotyzmem. Dziecięcym? A cóż dziecko może o tym powiedzieć? O! bardzo wiele! Często pamięć dziecka potrafi zarejestrować nawet to, co umknęło spostrzeżeniom dorosłych. Cóż mogę powiedzieć o moim dziecięcym patriotyzmie? Mając 7 lat nie rozumiałam, o czym mówili dorośli, nie znałam się na polityce, ale miałam swój świat. Mój kresowy, mały świat, moje ukochane Podhajce. Świat zapamiętany na zawsze zmysłami małej dziewczynki, która stale wraca do niego pamięcią, a wyobraźnia przed oczyma stawia to, co widziała dziecka oczami.


Była to dla mnie Kraina szczęśliwości, beztroska arkadia mojego dzieciństwa. Cokolwiek robię, stale mam przed oczami te cudowne, nie dające się wymazać z pamięci, wołyńskie krajobrazy, niepowtarzalne kadry piękna z mojej małej Ojczyzny, o czym napisałam:

 

Moja mała Ojczyzno,
nad Ikwą, Styrem, Horyniem.
Któż mi pokaże piękniejszą
niż za lat mego
dzieciństwa Krainę?
Urokliwsze krajobrazy?
Żyźniejszą ziemię?
I bogatsze lasy?
Kolebko mojego dzieciństwa
dawno się z Tobą rozstałam,
ale nadal żyjesz i trwasz
w mym sercu i pamięci
mój Wołyniu ukochany.
Wspomnienia! Wspomnienia!

 

Dziś, otulona już życia jesienią, wracam stale do przeżytych na Wołyniu dni. Dla mnie i mojej rodziny, tym szczęśliwszych, że nie dane nam było przeżyć okrucieństw, których doznali nasi sąsiedzi, znajomi i dalsza rodzina.

 

Mój wujek Stefan Czyżewski, leśniczy z Podhajec, idąc na obchód po lesie, często brał mnie ze sobą. Ja, «jadąc na barana», z wysokości jego ramion podziwiałam otaczającą nas przyrodę. Często na skraju lasu, obok słodkich i dorodnych malin, kłębiły się kolące jeżyny, które jakby broniły wstępu do bogatego i urozmaiconego, nawet kolorystycznie, leśnego runa. Duże polany to czerwone kobierce z przyziemnych poziomek utkane. Wiąże się z tym coś, co mogło skończyć się dla mnie tragicznie. Pewnego razu mój «kierowca» postawił mnie na ziemi, a sam zaczął zrywać do sporządzonej z kory brzozowej korobki poziomki. Ja też wyciągnęłam w ich kierunku rączkę, ale wujek nie pozwolił dotykać smakowitych owoców. Wytłumaczył mi, że w tej przyziemnej gęstwinie może kryć się hadiuka – żmija, której ukąszenie jest groźne. Mój wujek był bardzo szlachetnym człowiekiem, o gołębim sercu. Nosił ze sobą fuzję, ale nigdy nie strzelał do leśnych zwierząt. One wyczuwały tę dobroć i nie uciekały, a jedynie podnosiły łby, aby ponownie powrócić do przerwanego zajęcia, jak np.: dzik ryjący w ziemi lub sarna skubiąca trawę. Nieufne były jedynie wiewiórki, które zeskakiwały na ziemię i jak ogniste błyskawice przemieszczały się z drzewa na drzewo.


Mieszkaliśmy niedaleko lasu i często nasze podwórze odwiedzały sarny, a nawet «zaprzyjaźniony» dzik, któremu bardzo smakowało jadło przeznaczone dla drobiu. Pewnego letniego dnia leśniczy wracając z lasu spostrzegł na łące skupisko bocianów (szykowały się do odlotu). Zainteresował się co one «okładają» swoimi dziobami. Okazało się, że pastwiły się nad poranionym bocianem. Stefan zabrał ptaka ze sobą. Wojtek, jak go nazwano, spał w oborze wśród krów, a szczególnie upodobał sobie grzbiet jednej z nich. Pobratymcy Wojtka tak go okaleczyli, że nie mógł fruwać i tak jakoś śmiesznie podskakiwał, a szczególnie wtedy, gdy «bawił się» z naszym dużym psem, z którym żył w przyjaźni, a czasami swoim długim dziobem «wbijał psu mądrość do głowy» co ten cierpliwie znosił. Bociek był bardzo przydatny, gdyż łapał myszy, a wiosną i latem spędzał całe dnie na łące rozkoszując się «królewską» żabią ucztą.


Moje wędrówki po lesie i okolicy odbywały się w każdej porze roku (oprócz zimy). Jesienią wujek niósł nie tylko na swoich ramionach «bagaż» w mojej postaci, ale także uzbierane orzechy, grzyby, w tym białe borowiki (prawdziwki), których nigdzie nie spotkałam w dorosłym życiu. Nie spotkałam też takiego człowieka, jakim był Stefan. Wychowany (wraz z rodzeństwem) w patriotycznym, kresowym domu moich dziadków, gdzie priorytetem było «Bóg! Honor! Ojczyzna!», był człowiekiem wielkich moralnych wartości, i niezłomnym patriotą. Wujek nauczył mnie wielu krótkich, patriotycznych wierszyków. Był wraz z dziadziem - moim wychowawcą. Mój dziadzio Franciszek Czyżewski był też wspaniałym człowiekiem. Trudno już dzisiaj wśród naszych współczesnych doszukać się takich wzorców moralnych i patriotycznych, które wrosły w serca, dusze i umysły Wołyniaków z krwi i kości. Mój dziadzio był niezwykle elokwentnym człowiekiem. Na początku lat 40-tych, w 1942 r., wczesną wiosną, uprzedzeni przez sąsiada Ukraińca, ratując się przed okrutną śmiercią, uciekliśmy do Równego. Pożegnaliśmy na zawsze nasz wołyński dom, a jesienią 1943 r. opuściliśmy ukochany Wołyń, ale On był z nami nadal. Dziadzio nie pozwolił nam o Nim zapomnieć, stale snując niezwykle ciekawe wołyńskie opowieści, które na zawsze pozostały w pamięci słuchających. A ja, w wieku 15 lat napisałam:

 

Boże! Czyż będzie mi dane,
By stopy postawić
Na Ziemi Ukochanej?
By ją przywitać
Po długiej rozłące,
by choć raz jeszcze
ujrzeć wołyńskie słońce!

 

Ukochałam wiejską przyrodę, a pole, łąka, las były moim drugim domem. Jak żywe stoją przede mną obrazy Krainy uroczej, gdyż mój dziecięcy patriotyzm ogranicza się jedynie do przyrody. Nie jestem malarzem, nie potrafię tworzyć uroków pejzażu, ale w skromnych słowach może trochę piękna zachowam? Wspominając Cię, Ziemio Droga, wzmaga się moja tęsknota do tych pól malowanych niczym mistrza dzieło. Złocistych łanów, lasem okolonych do miedz zielonych, do gryki, co pola rozwesela swą bielą, do brzozy-sieroty w polu szczerym, do łąk soczystych, pagórków stromych. Myśl moja «biegnie», do widocznego z naszego domu, bliskiego i zwartego masywu leśnego zmieniającego swoje barwy w zależności od pory roku. Wiosną cieszył oczy odradzającą się jakby «nieśmiało» zielenią, która latem przybrawszy soczysty kolor, zmieszana z pstrokacizną krzewów o różnych odcieniach, a także rosnących pod lasem różnej wysokości cudownych kwiatów tworzyła barwną artystyczną mozaikę, która jesienią przybierała intensywniejsze kolory, a piękna dopełniały jeszcze czerwone korale licznych jarzębin. Natomiast późną jesienią las stał goły, bezbarwny, stwarzał ponure wrażenie, ale «litościwa» zima otulała leśne drzewa i krzewy czapami śniegowymi i wówczas wyglądał jak piękna panna młoda. Jej śnieżnobiała «suknia» jarzyła się tysiącami migocących punkcików, niczym pięknych diamentów, iskrzących się w promieniach wołyńskiego słońca.


Naszym leśnym wędrówkom towarzyszył poszum drzew leśnych i cudowne ptasie trele, niczym w «niebotycznym» kościele. Świergot ptasi (wołyńskie lasy słynęły z różnorodności i mnogości ptaków) rozlegał się w całym lesie, a wujek uczył mnie rozróżniania głosów poszczególnych ptaków. Nie udało się. Dziś też nie zdołam odtworzyć ptasich treli cudownych, ale zapamiętałam, rozlegające się z leśnej dąbrowy, basowe hukanie sowy i miarowy stukot dzięcioła. Dąbrowa, to skupisko dębów. Takimi skupiskami były też liczne zagajniki leszczynowe, a w nich orzechów zatrzęsienie, jak też często spotykane gaje brzozowe-wielopokoleniowe rodziny, rosnące obok siebie różnej wielkości i grubości brzozy. Takie gaje były, z wołyńska, zwane bereźniakami. Często we wspomnieniach opowiadano, jakie to dorodne grzyby rosły w lesie, a w bereźniaku zbierano piękne czerwone kozaki.


Wspominając nasze leśne wędrówki zapamiętałam kolorowe, puszyste kobierce wrzosowe, a nad nimi delikatne nici pajęcze. Wujek objaśniał, że to oznaka polskiego babiego lata, naszej złotej polskiej jesieni. Jesienny las sprawiał wrażenie zaczarowanej krainy. Była tu bajkowa sceneria. Drzewa «stroiły się» w piękne barwy. Ich korony, w promieniach prześwitującego wśród listowia słońca, mieniły się złotem, czerwienią i gdzieniegdzie jeszcze zielenią, która zamierzała zmienić się w różne odcienie brązu. Zdawało się, że leśny drzewostan w swoich bajkowych «sukniach» wybierał się na wielki bal. Wśród tego malowniczego drzewostanu, i jego bogatej różnorodności, królowały wiekowe dęby o kształtach niezwykłych. Była to jakby arystokracja wśród innych drzew. Zachodziliśmy też na bagna, a nad nimi pochylone siostry- brzozy białe, w górze czajka kwili, w wodzie brodzi czapla siwa, a dzikie ptactwo czyni wielką wrzawę. Z wujkowych ramion przyglądałam się skaczącym do wody żabom. Zdarzało się, że wśród mokradeł można było spotkać niejadowitego zaskrońca lub zygzakowatą żmiję, która nie zaczepiona, zwinnie uciekała przed człowiekiem.


Bawiąc się pod lasem, na łące, przyglądałam się lecącym bocianom z żabami lub wężami w dziobach. Miały one swoje liczne gniazda na dachach chłopskich domów, przeważnie słomianych. Zdarzało się, że w tej dachowej szarzyźnie zamajaczyła czerwona dachówka, lub blacha błyszcząca w promieniach słońca. A wysoko ponad dachami ciągnęły klucze żurawi, dzikich gęsi, kaczek i innych ptaków, przylatujących do nas wiosną, a odlatujących jesienią. Pod dachem naszej obory miały swoje małe «domki» jaskółki. Lubiłam przyglądać się tym małym, zwinnym ptaszkom. Uważano, że ich niski lot tuż, tuż nad ziemią był przepowiednią deszczu.


Dziadkowie mieli dwa domy. Jeden z bali drewnianych, na biało malowany ze słomianą strzechą, od starości, poczerniałą, stał w ogrodzie otoczony «morzem» słoneczników i pięknych różnokolorowych krzewów różanych, a drugi (z 1936) murowany, z czerwonej cegły, z dachówką w kolorze maków, stał z boku podwórza. Przy domu rosły różnokolorowe malwy, a na ścianie pyszniły się swoją dorodnością kiście granatowych dorodnych winogron. Za białą chatynką był stawek, a wokół niego pachnący tatarak, którym na Zielone Światki majono dom. Nad stawem rosła wierzba stara z czarownicy kudłami, a naprzeciwko okna w moim pokoju szumiała wysoka, płacząca brzoza, mój nocny koszmar. W księżycowe noce cienie jej «kudłatych» gałęzi wyprawiały harce na ścianie strasząc dziecko. Innymi strachami, na «dobranockę» raczyli mnie dorośli opowiadając bajki, w których roiło się od utopców, diabłów i innych niesamowitych stworów. Zasypiałam, zawsze z głową nakrytą kołdrą. Był jeszcze jeden «niesamowity» strach, którego ani ja, ani wróble się nie bały. Za domem rosły ciemnozielone konopie, a wśród nich «strach- generał», któremu z wojskowej czapki główki ptasie wystawały. Wieczorami przy stawie żaby urządzały swoje koncerty wtórowało im świerszczy granie, ale nie było w zwyczaju sprawdzać, na czym tak pięknie grają? Była też, na skraju wsi, kuźnia, z wąsatym kowalem, ale tam chodzić się bałam, bo w kowadło waliły młoty i leciały snopy iskier. Lubiłam słuchać szumu młyna i odgłosu dzwonów z targowickiego kościoła. Ja to wszystko pamiętam! A ty? Zatrzymaj się na chwilę! Zasłuchaj się w tamtą wiejską ciszę! Wróć pamięcią do tego co było Ci miłe i drogie i cóż Ci serce podpowie???


Przedstawiłam to, co mi pamięć i serce podpowiedziało. I jakże mi nie kochać mojej wołyńskiej Krainy, gdy tyle we mnie wspomnień? Jakże zapomnieć o tym, co było dla dziecka piękne? Jakże mi zapomnieć o moim rodzinnym domu? I tych cudownościach otaczającej mnie przyrody? O moim wspaniałym wujku Stefanie, dziadziu Franciszku, którym zawdzięczam to kim jestem i to czym się zajmuję? Dziadzio rozbudził we mnie tę wołyńską pasję, a ja podporządkowałam jej swój rytm życia. Bo Wołyń to moje tęsknoty, moje życie, moja miłość. Ten wspaniały człowiek wszczepił we mnie tę wielką miłość i chyba tak «po cichu» przekazał mi «misję», jakby niepisany testament, w którym zawarty jest mój nieutulony żal, nostalgia i miłość do kraju dziecięcych lat.


W moich wierszach i opowiadaniach wołyńskich staram się ocalić te skarby pamięci od zapomnienia.


My, piszący o Kresach i Wołyniu mamy obowiązek, świętą powinność, aby przekazać prawdę młodemu pokoleniu, bo to przecież nasza polska, wschodnia historia, wycinek naszych dziejów, który nie może odejść w niepamięć wraz z naszym kresowym pokoleniem. Powinniśmy być dumni, że należymy do najmłodszego, niestety już ostatniego, pokolenia wołyńskich i kresowych patriotów. Byłam «cząstką» Wołynia, a On nadal jest we mnie.


Wspomnienia o kresowym patriotyzmie skłaniają do tego, aby zakończyć opowieść fragmentem mojego wiersza pt. «Kresy».

 

Kresy to bezmiar pamięci
dla urodzonych na wschodzie.
Kresy są w każdym z nas,
kto tam ujrzał świat Boży,
w każdej duszy kresowej.
Wracamy do nich sercem i myślami,
żalu często ukoić nie potrafimy
kochamy nadal nasze Kresy utracone
i stale za nimi tęsknimy.

 

Danuta SIWIEC

Foto: pidhytsinvk.com.ua

 

POLECAMY TAKŻE:

WOŁYŃ I JEGO NARODY

SPOTKANIE PO LATACH

W OJCZYSTE STRONY

POWIETRZE DZIECIŃSTWA

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

 

 Kursy walut

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

 

cz

 

 

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1