Artykuły
  • Register

Untitled

Adrian Kowalczuk – człowiek niezwyczajnego losu. Syn petlurowskiego kapitana, polski harcerz, żołnierz radziecki, członek rodziny jaka została wywieziona na Syberię, Przewodniczący Starszyzny Kozackiego Bractwa Strzeleckiego, podzielił się z nami wspomnieniami ze swojego życia.

Jakie Boże Narodzenie zapamiętał Pan najlepiej?

- Najlepiej zapamiętałem te Boże Narodzenie, kiedy miałem 8 lub 9 lat. Tata przebrał się za Świętego Mikołaja a ja go nie poznałem. To było pierwsze dziecięce przeżycie – na progu stał Święty Mikołaj i zapytał: „Czy tu taki mieszka?”, mama odpowiedziała: „Tutaj”, a on: „Ano podejdź tu. Mówią że brzydko piszesz. Ja Ci popiszę.” Nie pamiętam co odpowiedziałem ale było dużo prezentów. Cała rodzina była wtedy razem. Po tym święcie zawsze pamiętałem, że muszę poprawić charakter pisma.

- A tego Świętego Mikołaja pan wtedy nie poznał?

- Nie poznałem. Dał mi prezenty i poszedł z workiem do innych dzieci. Jednak jakoś wiosną obok domu odnalazłem laskę – tą z jaką on przyszedł. Biegnę z tą laską do mamy i pytam: „Co to? Święty Mikołaj zgubił?” Mama zaśmiała się i powiedziała, że to był przebrany tata. Jednak wrażenie, że przyszedł do mnie sam Święty Mikołaj pozostało.

- Czy w Pana wsi był kościół?

- Nie, nie było, ale wożono nas na wycieczkę do kościoła w Młynowie. Tam po raz pierwszy w życiu usłyszałem organy. Były dla mnie czymś nadzwyczajnym. Już za sowietów bywałem w podróżach służbowych i zachodziłem wtedy do różnych kościołów, ale wrażenie wielkości kościoła pozostało od pierwszych odwiedzin.

- Jakie były wtedy stosunki miedzy Polakami a Ukraińcami? Jak Pan je pamięta?

- Chodziłem do polskiej szkoły powszechnej. Mieliśmy Prawo Boże jakie prowadzili po kolei – ksiądz prawosławny i katolicki. We wsi obok siebie żyli Czesi, Polacy i Ukraińcy. Z tego co pamiętam nigdy nie było u nas konfliktów ani pośród dzieci ani wśród dorosłych. Nie słyszałem aby tata w domu coś o tym mówił. Nigdy nie słyszałem od taty złego słowa, nie mówiąc nawet o mamie, która była bardziej pobożna.

Untitled-1

- Mi moja babcia mówiła: kiedy zaczynało się katolickie Boże Narodzenie, to Ukraińcy przestawali pracować a potem kiedy zaczynało się prawosławne święto też nikt nie pracował.

- To prawda pamiętam to ale wtedy także żadnych prac gospodarskich nie było, wszystko było już na zimę przygotowane i zajmowano się tylko zwierzętami.

- A co robiliście zimą?

- Kiedy byliśmy dziećmi mama pilnowała abyśmy punktualnie jedli śniadania, obiady i podwieczorki, a my jeździliśmy na sankach. Mieliśmy niezwykłe sanki – na jednego konia. Kwestie finansowe nie były wtedy dla nas problemem. Tata prenumerował wtedy dla mnie ze Lwowa dziecięce czasopisma „Dzwoneczek” i „Mali przyjaciele”. Bywały i cięższe czasy ale tata i mama nie rozmawiali o problemach przy dzieciach ale w innym pokoju.

- Niech Pan powie skąd u zwykłego gospodarza bierze się ta największa mądrość – umiejętność wychowania dzieci. Ja nazywam to wrodzoną ludową mądrością. Sowieci ją niszczyli, bo to była...

- ...podstawa rodziny.

- Co było po 1939 roku?

- 1 września 1939 roku przyszliśmy do szkoły. Nauczycielka już wiedziała, że rozpoczęła się wojna. Kiedy nadlatywał niemiecki samolot zmuszała nas do chowania się w krzakach. Pamiętam 10 września była piękna jesień i wszędzie pełno było polskiej kawalerii. Przyszło do nas dwóch oficerów, poprosili aby mama usmażyła im indyka, po tym zaprosili mnie do siebie, dali mi suchary wojskowe i kawę w kostkach. A 17 września było już słychać hurkot czołgów. Była deszczowa pogoda a nad drogą była siwa mgła od czołgów. To pierwsze co zakarbowało mi się w pamięci o tej nawale. Drugie – kiedy przyszli do naszej chaty. U mnie jako u harcerza był nóż fiński, żołnierz od razu go zabrał i powiedział: „Nie można w domu trzymać broni.” Jak bym nie prosił, nie oddał go już. To było pierwsze chamstwo z jakim się zetknąłem. Potem byliśmy ostrożniejsi. Zimą zaczęli znikać członkowie bogatych polskich rodzin. Już wiedzieliśmy, że niedługo przyjdzie nasza kolej.

- Czy podczas wojny słyszał Pan o AK, o pacyfikacjach Polaków, o banderowcach?

- Pamiętam jeden przypadek: obok naszej wsi była polska kolonia, na jaką jednej księżycowej nocy napadli banderowcy. Było widać jak płonie wieś, słychać jak ryczą krowy, strzelało jakieś działo.

- Czy w tym czasie chodziło się na Boże Narodzenie do cerkwi?

- Bożego Narodzenia z tego roku nie pamiętam... Wszystko było inne, były inne przeżycia, strach. Tata, który był petlurowskim kapitanem namawiał mamę aby wszystko sprzedać i wyjechać gdzieś. Mama się nie zgadzała a tata musiał się ratować. Specjalnie dostał się do lwowskiej kliniki psychiatrycznej. Dopiero w 1957 roku przysłał nam pierwszy list i pierwszą przesyłkę. Przyjechałem wtedy tam na urlop, bo ja nie zostałem skazany w przeciwieństwie do mamy, siostry i brata, którzy zostali skazani na totalną likwidację całego dobytku za to że byli kułakami.

- Mamę wywieziono z całą rodziną a Pan pozostał sam w domu?

- Nie, w chacie żyły dwie rodziny przesiedleńców z Polski. W 1948 roku do mnie przyszło powołanie do wojska. Zawieźli nas z orkiestrą do Równego, zebrali w parku a pułkownik przeczytał rozkaz radnarkomu: Ci którzy urodzili się w 1928 roku zostali poborowymi do hufców pracy. Od razu podkreślili: za ucieczkę – 5 lat Workuty. Potem była kopalnia nr 18 im. Stalina. Warunki katorgi, całą zmianę trzeba było klęczeć na kolanach a norma na jednego człowieka wynosiła 11 ton. W 1949 roku przyjechałem tu na przepustkę, do matki chrzestnej i poszedłem obejrzeć naszą chatę. Tam jeszcze były nasze psy, a z samej chaty ci, którzy nas wywozili zabrali wszystko. Mamę i siostrę wywieziono do Chabarowska, aby być bliżej bliskich otrzymałem przepustkę do strefy zabronionej nr 2 miasta Chabarowska, gdzie pozwolono mi na wjazd i dano pozwolenie na zamieszkanie. Tam pracowałem na kolei dalekowschodniej a potem otrzymałem kolejne powołanie do wojska. Służyłem w Primorskim kraju. Pewnego razu przyszedł kombat i polecił iść do pewnego budynku. Potem była długa rozmowa, pytali gdzie ojciec, dlaczego chcę uciec do Chin oraz zaproponowali abym został donosicielem, obiecali również, że będę mógł się uczyć. Na początku się zgodziłem a potem nie spałem po nocach zastanawiając się nad tym co narobiłem i przypominałem sobie dziewiąte przykazanie: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. Na pierwszym spotkaniu z przypisanym do mnie oficerem powiedziałem, że nie jestem gotowy a na drugim, że nie będę współpracował. Ten aż podskoczył i stwierdził: „Zgnoimy cię!” Po kilku dniach przewieziono mnie do kompanii karnej. Po śmierci Stalina trafiłem do innej jednostki, spokojnie odsłużyłem swoje ale najważniejsze jest to, że pozostałem czysty przed Bogiem i ludźmi.

- A jaki był los rodziców?

Mama mieszkała w Chabarowsku. Ja uczyłem się we Władywostoku i w Taszkiencie, pracowałem na kolei. Kilka razy pojechałem do ojca do Lwowa. Tata całe życie mieszkał przy klinice psychiatrycznej, był ewakuatorem – eskortował chorych. Mama wróciła na Wołyń w 1962 roku. Mieszkała w Bryszczach, kupiła tam dom, który przebudowaliśmy. Naszą chatę przewieźli do wsi Małe Dorohostai i zrobili w niej aptekę jaka stoi do dnia dzisiejszego. Na miejscu naszej chaty – pole. Mama umarła w 1992 roku. Wtedy już postarałem się aby ją zrehabilitowali. Bardzo chciałem to zrobić dopóki mama żyła aby wiedziała, że cierpiała niewinnie.

Untitled-2

- Mieszkał Pan niedaleko od mamy?

- Mieszkałem w Chabarowsku, ożeniłem się, przeszedłem z kolei do instytutu projektowego, byłem w delegacjach na Sachalinie, Kamczatce, w Magadanie, Myrnomu, Azji Centralnej, Pribałtyce a w 1981 roku przyjechałem do Łucka. Pracowałem w biurze projektowym „Dipromist” a potem jako elektryk w ośrodku przetaczania krwi.

- Czy mieszkając w Chabarowsku czuł się Pan jak w domu?

- Tęsknota za swoim krajem, wsią była zawsze ale w Rosji została moja córka. Odwiedziłem ją w 2000 roku, spotkałem się także ze swoimi kolegami. Miałem wrażenie, że nic się nie zmieniło.

- Czy żyjąc w Rosji spotykał Pan ludzi, których los był podobny do Pańskiego? Czy byli tam Ukraińcy, Polacy?

- Przeważnie Ukraińców. Polaków było niewielu, ale cały czas kupowałem w kiosku czasopismo „Kobieta i Życie” i ukraińskie satyryczne czasipismo „Perec” aby nie zapomnieć języka.

- Wspomina Pan swoje harcerskie czasy?

- Zawsze je wspominam, pamiętam swoich kolegów. Chciałbym się z nimi spotkać ale oni wszyscy wyjechali do Polski.

Untitled-7


- Jakie były reperkusje polskiej Solidarności w latach 80-tych tu na Wołyniu? Czy miał Pan nadzieję że coś się zmieni? Jest Pan powiązany z polska kulturą, był Pan harcerzem, jak Pan oceniał wtedy Solidarność?

- My wszyscy kiedyś żałowaliśmy że Polska nie przetrwała. Do Solidarności i do Lecha Wałęsy zawsze odnosiłem się z wielkim szacunkiem. Wiedziałem, że Polska musi oczyścić się od komunizmu jaki ją okaleczył.

- Był Pan świadkiem narodzin państwa ukraińskiego...

- Na początku lat 90 tych uczestniczyłem w mityngach, potem wstąpiłem do Bractwa Świętego Andrzeja i Kozackiego Bractwa Strzeleckiego.

- Miał Pan kiedyś wrażenie, że strzeże Pana Najwyższy?

- Całe życie jest przy mnie ikonka, jaką przed pierwszym powołaniem do wojska moja ciocia wycięła z albumu dziadka – Madonna Sykstyńska Rafaela. Wierzę, że ciocia podarowała mi ja ze szczerego serca. Wiele się zdarzyło ale ikona strzegła mnie i jest ze mną do tej pory.

Walenty WAKOLUK

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

 

 Kursy walut

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

 

cz

 

 

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1