Artykuły
  • Register
Warszawa-16-17.04.10-233

Pamiętam z pierwszych chwil tylko głuchy, przygniatający ból i coś jakby na kształt nadziei, że zaraz okaże się, że to jakaś pomyłka, że jakiś koszmar mi się śni, że źle przeczytałam wiadomość, otrzymaną z Polski.

Prowadziłam wtedy, 10. kwietnia, zajęcia z języka polskiego dla dzieci w Dubnie. Wiadomość przysłała mama – taką wiadomość niebywałą w jej przypadku, krótką, szorstką, brutalną: rozbił się prezydencki samolot pod Smoleńskiem - i zaraz potem następną: o Boże, wszyscy nie żyją. Tego momentu chyba nie zapomnę do końca życia. Stałam przed dziećmi z tym telefonem w ręku jak kawał jakiegoś głazu. Jedynie oczy próbowały zebrać jeszcze raz  literki tragicznego przekazu i ułożyć je w logiczny ciąg tak, aby mózg mógł normalnie odczytać treść. System przestał jednak działać. Po prostu zawiesił się i w takim stanie przerwałam zajęcia i wyszłam z klasy. Przy drzwiach wyjściowych z Domu Kultury, gdzie pracowałam, dorośli próbowali mnie zatrzymać, coś mówili, zaprowadzili z powrotem do tej nieszczęsnej klasy. Telefon do domu – i ten załamujący się głos w słuchawce: Justynka, pokazują samolot, tam nie ma co zbierać, wszystko potrzaskane w kawałeczki. Odwołałam wszystkie zajęcia w sobotę. W niedzielę wyłączyłam telefon. A przecież miałam zaplanowane spotkania z Rodzinami Katyńskimi na wtorek. I wszystko się rozpadło. Zginęli pan prezes Federacji Rodzin Katyńskich i prezes Komitetu Katyńskiego. Osoby, które pozostały, były zmartwiałe z bólu. Pojechałam do Kraju i zapowiedziałam, że wrócę dopiero po pogrzebie Pana Prezydenta, kiedykolwiek by się on nie odbył. W Lublinie spotkałam się z serdecznie zaprzyjaźnioną wcześniej panią prezes oddziału lubelskiego Rodziny Katyńskiej. W katastrofie zginęli jej wieloletni najwierniejsi przyjaciele. Nie miała siły jechać na uroczystości do Warszawy. Pożegnawszy ją, wsiadłam do pociągu i ruszyłam do stolicy. Przyjechałam w nocy i o 3:00 ustawiłam się w kolejce do Pałacu Prezydenckiego. Wiał jakiś przenikliwy wiatr, chwilami kropiło, ale o tym się nie myślało – w tej kolejce stali ludzie, którzy przyjechali z całej Polski, by pokłonić się ostatni raz Tym Dwojgu, którzy na to zasłużyli, jak usłyszałam od jednego ze stojących. Poznałam dwie młode dziewczyny, które specjalnie wynajęły sobie kierowcę i przyjechały z Wrocławia. Przez cały czas oczekiwania na wejście do Pałacu rozmawiałam z rodziną (dziadek, mama, tato i syn) z Gniezna.  Ludzie nawzajem częstowali się, czym mogli. Harcerze roznosili gorące herbatę i kawę. Jakaś warszawianka przybiegła i rozdawała stojącym nieraz po 17 godzin ludziom jabłka i słodycze. A te nocne Polaków rozmowy to można przyrównać chyba tylko do jakichś filomackich zebrań – poruszano tak ważne kwestie tożsamości narodowej, historii, problemu dojrzałego życia publicznego. Mówiono wielkimi słowami, łamiącym się nieraz głosem po prostu o miłości do Ojczyzny. I ci ludzie – tak różnego autoramentu, wykształcenia, pozycji społecznej (spotkałam kilku profesorów, pilotów, studentów, górników, ludzi interesu) – nie wstydzili się błyszczących od wielkich gorących kropel oczu, a patetyczne słowa w ich ustach nie brzmiały wcale sztucznie. To był balsam na serce. Zobaczyłam, że istnieją jeszcze takie rude owce,  które gdzieś tam w świecie na przekór narastającej fali agresji i próby wyszydzania tego typu postawy próbują walczyć o nieprzemijające ideały. Po blisko dziesięciu godzinach stania weszliśmy do Sali Kolumnowej Pałacu Prezydenckiego. W kolejce zapadła cisza absolutna. Tylko opuchnięte obwódki oczu i dziwna czerwień nosów zdradzały kanały ujścia wezbranych w środku uczuć. Oczy zarejestrowały proporzec z Orłem Białym na trumnie Pana Prezydenta i biało- czerwoną flagę na trumnie Pierwszej Damy. Ktoś zobaczył jeszcze jakieś napisy, tabliczki, wartę. Ale serce nie koduje obrazami, więc pozostało poza nimi, w jakiejś innej przestrzeni ciszy, którą wypełniły bez słów wyspy zwykłej ludzkiej wdzięczności Parze Prezydenckiej za Służbę Rzeczypospolitej. Przy wyjściu trzeba było jednak jakoś okiełznać i zamknąć na chwilę w kondolencyjne karby czarnych atramentowych znaczków swoje uczucia i dołączyć je do wielkiej nowej neomickiewiczowskiej Księgi Narodu i Pielgrzymstwa Polskiego.

Kolejny dzień to Plac Piłsudskiego, uroczystości żałobne za wszystkie ofiary katastrofy, biało – czerwony las flag, mokre słone chusteczki i ten głos Macieja Łopińskiego, szefa gabinetu prezydenta: brak słów, żeby wypowiedzieć swój ból i żal. Kondukt żałobny z Pałacu do archikatedry warszawskiej, konna reprezentacyjna świta  ułańska przy trumnach, werble, rzucane na trumny kwiaty, potem Msza Święta żałobna w Bazylice Mariackiej z iście królewską oprawą muzyczną, dzwon Zygmunta i wystrzały armatnie w grodzie Kraka – to łączyło nas, pomagało przetrwać traumę, a nawet jakoś krzepiło i po modlitwie napełniało spokojem. Najbardziej w tych momentach bolało mnie to, że wszędobylskie media w wyrafinowany i wypracowany przez lata po mistrzowsku sposób skarliły i spotwarzyły te wydarzenia, ujmując powagi uroczystościom żałobnym i w chwili pogrzebu w Krakowie (gdzie też udało mi się dojechać na czas), bez krzty wyczucia i szacunku dla tak bolesnych chwil, wylały na uczestników morze swojego kiczu dziennikarskiego, zakłócając nawet ciszę modlitwy przed pochówkiem Pary Prezydenckiej. Jednakże ich komentarze w zderzeniu z rzeczywistością nie mogły wygrać. Bo wszak inna jest rzeczywistość rozumu, a inna rzeczywistość serca. A 17. i 18. kwietnia 2010 roku cokolwiek dawać pod osąd można było tylko z tego drugiego, nieosiągalnego dla nich w żaden sposób, pułapu.

Justyna Jancz

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

 

 Kursy walut

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

 

cz

 

 

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1