Artykuły
  • Register

BeyzymZapytałam niedawno córkę, co może powiedzieć o Madagaskarze. W odpowiedzi usłyszałam, że to wyspa niedaleko Afryki i tytuł znanego filmu animowanego. Szczerze mówiąc sama też nie o wiele więcej potrafiłabym powiedzieć.

Ze szkolnych lat pamiętam, że Madagaskar jest czwartą pod względem wielkości wyspą w świecie z niepowtarzalną florą i fauną. Internet podpowiedział, że jeszcze jedną właściwością może być egzotyczny odpoczynek bez szczególnych atrakcji cywilizacji. Prawdę mówiąc pytanie nie było przypadkowe. Madagaskarem zainteresowałam się niedawno, po tym jak usłyszałam historię o życiu jednego nieprzeciętnego człowieka, naszego rodaka Jana Beyzyma.

Rzeczywiście, kiedy zaczęłam dalsze poszukiwanie informacji w sieci, obrazek dalekiego afrykańskiego zakątka nie wyglądał już tak kolorowo. Coraz częściej historia Madagaskaru kojarzyła się ze słowami: trąd i trędowaci. Chyba ciężko odszukać wśród nas ludzi, którzy na własne oczy widzieliby horror tej jeszcze do niedawnych czasów nieuleczalnej choroby. Używamy okropnych słów w naszym języku raczej dla porównania z czymś wstrętnym i obrzydliwym. Kim więc dla Madagaskaru był urodzony na Wołyniu polski duchowny Jan Beyzym? Co zrobił on dla mieszkańców tych dalekich krajów, że jeszcze za życia stał się dla nich świętym?

Niezwykle szanowana postać w świecie katolickim, jeden z trzech największych misjonarzy Polski, błogosławiony o. Jan Beyzym urodził się w 1850 roku w Beyzymach Wielkich, należących wówczas do Wołynia. Jego rodzinę dotknęła tragedia Powstania Styczniowego. Ciężkie materialne okoliczności, w których dorastał Jan, jeszcze w dzieciństwie wykształciły w nim niezłomną siłę zwyciężania samego siebie, pozostawiając przy tym w jego sercu miejsce dla dobroci. Z Ukrainą wiąże go nie tylko miejsce urodzenia, ale także trwała praca w Kolegium Jezuickim w Tarnopolu, gdzie po zakończeniu seminarium duchownego przez długie lata był wychowawcą i opiekunem młodzieży. Swoich uczniów wychowywał na odważnych i szlachetnych ludzi, wiernych Bogu i Ojczyźnie. Wychowankowie bardzo go lubili. Młodsi uczniowie nazywali o. Beyzyma drugim Juliuszem Verne'em, bo jego opowieści podobały się im bardziej, niż książki znanego pisarza. Czy wiedział już wtedy, że na własne oczy zobaczy “atrakcje” dalekich krajów i będzie miał własne “egzotyczne” przygody?

Chociaż praca z młodzieżą przynosiła ojcu Janowi Beyzymу ogromną satysfakcję, coraz częściej zastanawiał się nad działalnością misjonarską. Mimo, że z zawodu nie był lekarzem, zawsze opiekował się chorymi. Często mówił, że chorych należy strzec, jak źrenicy oka, a także, że nie szpital jest dla lekarza, a lekarz powinien służyć szpitalowi. Właśnie takie jego potrzeby duchowne doprowadziły do tego, że 49-letni o. Jan Beyzym znalazł się na dalekim Madagaskarze w misjonarskim ośrodku jezuitów zajmującym się opieką nad trędowatymi. Był przerażony na widok tego co zobaczył. Chorych na trąd mieszkańców wyspy nie uważano za ludzi, wypędzano ich z miast i wsi, nie przejmując się, co z nimi będzie dalej. Wygnańcy umierali z chorób i głodu. W listach do domu o. Jan Beyzym pisał, że mimo wszystko, ci nieszczęśliwi ludzie, którzy gniją żywcem nie przestają być naszymi braćmi i potrzebują pomocy. Najgorsze jest to, że zubożenie materialne wywołuje zubożenie moralne. Żeby być z chorymi przez cały czas, zamieszkał wśród trędowatych, pielęgnował okryte ranami ciała i jednocześnie leczył ich dusze, przybliżając ich do Boga. Prowadził stałą naukę religijną i kulturową. Łamał w taki sposób bariery lęku, przekleństw, nieczułości. Rozumiejąc, że musi zrobić wszystko co jest możliwe dla swoich “czarnych piskląt”, rozpoczął zbiór środków na budowę współczesnego szpitala dla trędowatych. Przy czym, mówiąc współczesnym językiem, zademonstrował świetne zdolności organizacyjne. Z wielu zakątków świata dostał odpowiedzi na swoje listy pełne okrutnej prawdy. Janowi Beyzymowi udało się wybudować najlepszy szpital na Madagaskarze. Szpital zbudowany dla uczczenia Matki Boskiej Częstochowskiej istnieje do dziś. Niestety nie potrafił zrealizować innych pomysłów, w wieku 62 lat “sługa trędowatych” ojciec Jan Beyzym zmarł po tej strasznej chorobie. Z ogromnym szacunkiem o jego ziemskim czynie wspominają w wielu krajach, a w 2002 roku Papież Jan Paweł II ogłosił o. Jana Beyzyma błogosławionym apostołem trędowatych.

Chciałam przypomnieć o tej postaci z tego powodu, że w zeszłą niedzielę obchodzono święto pracowników medycznych. Ojciec Jan Beyzym nie był z zawodu lekarzem, jednak jego życiowa droga połączyła posługę Bogu i posługę ludziom. Powołanie duchowne i lekarza są podobne do siebie, czasami jednakowe. Posługa ludziom potrzebującym pomocy, gotowość do pomocy mimo narażenia się czasem na śmiertelne niebezpieczeństwo są to cechy właściwe ludziom, którzy leczą duszę i ciało. Niech postać “sługi trędowatych” będzie wzorem i opiekunem dla naszych lekarzy.

Olga GORIACIEWA