Artykuły
  • Register

Około 35 kilometrów pod Łuckiem, na trasie do Równego, leży niezwykłe miasteczko - Ołyka. Tym bardziej ciekawe dla Polaków, gdyż tutaj, od XVI wieku do 1939 roku, mieściła się dawna siedziba rodu Radziwiłłów. Obecny wygląd miejscowości robi wielkie wrażenie... niestety, według mnie, niewesołe.

Do Ołyki wyruszam z Łucka około południa w ciepłą sobotę, ostatniego dnia sierpnia. Bez znajomości rozkładu jazdy udaję się na dworzec autobusowy, ale na szczęście trafiam na marszrutkę. Koszt: około 15 hrywien, więc „normalna cena”, stwierdzam, po przeliczeniu na złotówki (blisko 6 złotych– red.). Czekamy w busie kilkanaście minut. W wielkie zdumienie wprawia mnie wparowanie do marszrutki romskiej dziewczynki, która po zaśpiewaniu jakiejś nostalgicznej piosenki, zaczęła zbierać od pasażerów zapłatę za występ. Po minucie to samo, tym razem chłopiec. Portfele nie otwierają się chętnie, dziecko odchodzi zrezygnowane. No, ale już czas, jedziemy.

Pierwsze wzmianki o miejscowości pochodzą z około 1149 roku, natomiast w posiadaniu Radziwiłłów znalazła się ona 500 lat temu, w 1513 roku. Wówczas właścicielka Ołyki i Nieświeża (dzisiejsza Białoruś), Anna Kiszczanka, wyszła za mąż za Jana Radziwiłła „Brodatego”, kasztelana trockiego. Owocem ich związku był syn, Mikołaj Radziwiłł „Czarny”, który zasłynął przyjęciem kalwinizmu i zmianą ołyckiego kościoła na zbór. Sytuacja wróciła do dawnego porządku po śmierci Mikołaja.

Kocie łby, bruk, dziura na dziurze lub zupełny brak asfaltu – tyle zapamiętałam z drogi prowadzącej bezpośrednio do Ołyki (po zjechaniu z trasy Łuck – Równe). Nigdy w życiu się tak nie wytrzęsłam. Jednak trudną trasę rekompensują mi widoki – sielskie, wiejskie, anielskie. Tutaj malownicze krajobrazy, tam moje ulubione malowane chatki, jak ze skansenu. Rzadko spotykamy jakikolwiek samochód, natomiast częstym widokiem są wozy konne. Podoba mi się ten spokój, atmosfera i styl życia. Wspaniale, że ludzie jeszcze potrafią funkcjonować bez samochodów, komputerów i komórek.

Wysiadam na końcu wsi, gdzie mój wzrok przykuwa dziwny widok. Oto tuż przy drodze stoi ruina. Pierwsza, z jaką się tutaj spotykam. Podchodzę bliżej i widzę dawny cmentarz katolicki wraz z bramą i kaplicą. Waham się chwilę: wejść czy nie wejść? Wszak jestem w obcym państwie, na obcej wsi, gdzie nie znam nikogo i, prócz kilkudziesięciu słówek, nie mówię w języku miejscowych mieszkańców. Jednak wchodzę, ośmielona widokiem pasących się na cmentarzu kóz – okazuje się, że jest jakieś życie w tym mrocznym miejscu.

Teren cmentarza jest zupełnie zrujnowany – od muru, przez kaplicę, aż po nagrobki. Czuję jednocześnie radość i smutek, gdy zauważam polskie napisy na zdewastowanych kawałkach mogił. Jedna z nich informuje:

Ś. P.
KSIĄDZ JÓZEF
TOMKOWICZ
PRAŁAT ŁUCKO – ŻYTOMIERSKI
PROBOSZCZ OŁYCKI
ŻYŁ LAT 69 ZM.
1898 R.

Robię zdjęcia, by ocalić od zapomnienia ginące polskie dziedzictwo. Smutny jest widok pustych butelek po alkoholu i pasących się zwierząt na terenie cmentarza, bez względu na fakt, do jakiego kościoła i jakiego narodu on należy. Nagle zauważam grupkę czterech osób, które przechodzą przez bramę i zbliżają się do ruiny kaplicy. Może Polacy? Podchodzę bliżej, ale słyszę język ukraiński. Nie, nie Polacy.

Wychodzę z terenu cmentarza i idę zwiedzać dalej. Mieszkańcy, zebrani w grupce na środku wsi, patrzą na mnie z nieufnością i pytaniem „Czego ona tutaj chce?”. Nagle zaczepia mnie kobieta z grupki zwiedzającej cmentarz. Mówi po ukraińsku, ale rozumiem jej słowa:

- Dzień dobry, wiem, że jesteś Polką, nikt inny tutaj nie przyjeżdża robić zdjęć. Powiedz mi, skąd wiesz, że tu, w Ołyce, jest cmentarz, masz tu jakichś krewnych? Mieszkam w Łucku i nigdy nie sądziłam, że tak blisko mojego miejsca zamieszkania jest taka ciekawa miejscowość.

Odpowiadam jej, że o Ołyce dowiedziałam się w szkole na historii, że Polacy wiedzą o jej istnieniu. Przynajmniej ci, którzy chcą wiedzieć. Ukraińcy zaproponowali, by obejrzeć wspólnie kolegiatę, pałac i drogę Radziwiłłów oraz bramę miejską, a następnie wrócić z nimi do Łucka samochodem. Spotykam w życiu dobrych ludzi, więc nabieram ufności i zgadzam się im towarzyszyć. Młodzieńcza naiwność i wiara w człowieka biorą górę nad rozsądkiem.

Rzymskokatolicka kolegiata Świętej Trójcy to kolejna ruina, którą spotykamy w Ołyce. Potężna budowla w stylu barokowym z XVII wieku zrobiła na mnie tym większe wrażenie, iż w Polsce zawsze miałam do czynienia z zadbanymi, odnowionymi i pięknymi kościołami. Świątynia została zbudowana w latach 1635-1640 a zleceniodawcą jej wzniesienia był Albrecht Stanisław Radziwiłł. Konsekrował ją w 1640 biskup Andrzej Gębicki. Kolegiata była uznawana za jedną z najpiękniejszych na Wołyniu, ale jej zamknięcie przez władze sowieckie w 1945 roku poskutkowało stopniowym podupadaniem świątyni w ruinę. W 1992 roku świątynię ponownie przekazano parafii rzymskokatolickiej. W Ołyce funkcjonuje również kościół parafialny pw. Piotra i Pawła, pochodzący z XVI wieku, dawniej kalwiński.W obu świątyniach odbywają regularne się msze święte i nabożeństwa.

Tuż obok kolegiaty znajduje się słynny zamek Radziwiłłów, wzniesiony w latach 1540-1564 z inicjatywy wspominanego już księcia Mikołaja Radziwiłła „Czarnego”. Budynek został pobudowany na planie czworoboku, w środku którego jest położony dziedziniec. W zamku od 1945 roku mieści się szpital psychiatryczny. Chyba nie muszę dodawać, że budowla lata świetności ma już dawno za sobą, a dziś zasila grupę ołyckich ruin. Po raz kolejny czuję smutek i złość spowodowaną niegospodarnością właścicieli zamku. Taki wspaniały obiekt, takie wspaniałe perspektywy... niestety dziś pozostaje tylko jedna – upadek.

- Pamiętam, że gdy mieszkali tu jeszcze Radziwiłłowie, mieszkańcy usypywali im drogę do kościoła cukrem. Niestety nie wiem, dlaczego, tak po prostu było – mówi jeden z moich towarzyszy, starszy pan, który urodził się i mieszkał w Ołyce jako dziecko.

Ruszamy dalej. Staruszek pokazuje nam jeszcze brukowaną wiejską drogę, wybudowaną podobno przez Radziwiłłów około 200 lat temu, służącą mieszkańcom do dziś. Zatrzymujemy się przy bramie miejskiej z XVII wieku. Zachwyca nas pomysłowość, że w jej środku, dawnym przejściu prowadzącym do miejscowości, zbudowano... sklep. Śmiejemy się, robimy zdjęcia, ale na ziemię sprowadzają nas niechętne spojrzenia miejscowych mieszkańców zebranych pod starym krzyżem rzymskokatolickim. Spoglądam jeszcze raz na Ołykę – ot zwykła wioska, posiadająca jakiś niezwykły czar. Malowane chatki, wozy konne, krzyże, odnowione cerkwie, pomnik upamiętniający wojnę lat 1941-1945, no i te ruiny, których za jakiś czas już nie obejrzymy. Wsiadamy do samochodu i wracamy do Łucka. Podróż umila nam włączony odtwarzacz z przedwojennymi polskimi przebojami. Pod akompaniament „Czy tutaj mieszka panna Agnieszka” oraz „To ostatnia niedziela” i w asyście zmieniających się za szybą samochodu pejzaży, minowolnie nasuwa się myśl o minionych ołyckich latach świetności.

Agnieszka BĄDER