Rozmowy
  • Register

Wiatrowycz29 listopada prezes Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyr Wiatrowycz odwiedził Łuck. Spotkał się z dziennikarzami, przeprowadził otwarty wykład o tabloidyzacji historii oraz zaprezentował swoją najnowszą książkę «Za kulisami Wołynia’43. Nieznana polsko-ukraińska wojna».

 

Podczas konferencji prasowej udało się nam zadać kilka pytań prezesowi UINP oraz usłyszeć na nie odpowiedzi, które proponujemy Państwa uwadze.


– W książce «Za kulisami Wołynia’43» podkreśla Pan, że polskie media mówią o ukraińsko-polskim konflikcie w sposób zbyt uproszczony. Czy analizował Pan to, w jaki sposób przedstawiają ten temat media ukraińskie?
– Problem tabloidyzacji  jest nie tylko polski. Ukraińskie media również często lubią sensacyjne tytuły i tematy, co ma swój wpływ na jakość tekstu. Ale jeżeli mówić o polsko-ukraińskim konflikcie, mnie się wydaje, że poziom tabloidyzacji tego tematu w ukraińskich mediach jest o wiele mniejszy, przede wszystkim dlatego, że o wiele mniejsze jest zainteresowanie ukraińskich mediów tym tematem. Cieszę się z tego, że na Ukrainie obserwujemy wzrost zainteresowania historią, chociaż w Polsce jest on wciąż większy. I może nie wypada mnie jako historykowi coś takiego powiedzieć, ale uważam, że w Polsce jest trochę za dużo historii. Polska jest chyba trochę «chora» na kręcenie się wokół przeszłości. W tym kraju dyskusje historyczne są prowadzone prawie we wszystkich dziedzinach. W związku z tym, każdy temat historyczny, który zostaje poruszony, jest szerzej przedstawiony w mediach. Oprócz tego w Polsce istnieje możliwość większego nakręcania tematu w mediach, ponieważ tylko historycznych czasopism popularnonaukowych jest ok. dziesięciu, wówczas gdy my nie mamy żadnego, tylko kilka wydań internetowych. I niestety nakręcanie tego tematu powoduje coś, co ja nazywam tabloidyzacją.


– Jak może ukraiński dziennikarz głębiej poznać temat, jeżeli podczas dyskusji profesor, specjalista w temacie, pozwala sobie na to, żeby mu powiedzieć: «Ale przecież Pan nie jest historykiem»?
– Snobizm ukraińskich historyków – to oczywiście choroba. Wielu ukraińskich historyków uważa, że nie jest nic winna ukraińskiemu społeczeństwu i że nie musi rozmawiać z dziennikarzami czy pisać jakieś popularnonaukowe teksty. Niestety uważają siebie za zbyt akademickich naukowców, dla których zejście na poziom popularnonaukowy to dyshonor. Rzeczywiście jest to problemem, zwłaszcza dla historyków w starszym czy średnim wieku. Wśród młodszego pokolenia jest znacznie więcej tych historyków, którzy są gotowi współpracować i wyjaśniać. Osobiście rozumiem, że rozmowy z dziennikarzami są bardzo ważne. Jeżeli tego nie będziemy robić my, historycy, to dziennikarze będą szukali innych ekspertów w tym temacie. Będą pojawiali się wówczas politycy czy pseudoeksperci przedstawiający informacje, dalekie od tych, które przybliżają nas do prawdy historycznej.


– Czy nie wydaje się Panu, że Ukraina sama przyczyniła się do tego, że Polska przegłosowała uchwałę o tym, żeby nazwać wydarzenia na Wołyniu ludobójstwem?
– W tym, że dialog wokół konfliktu polsko-ukraińskiego z przeszłości przekształcił się w polski monolog, oczywiście jest winą Ukraińców, dlatego że poziom badań nad tą problematyką w Polsce i na Ukrainie był absolutnie niesymetryczny. Jeszcze pod koniec lat 90-tych ja, jako młody naukowiec, uczestniczyłem w różnych polsko-ukraińskich konferencjach. Zaskoczyło mnie wówczas to, jak się różnił poziom przygotowania polskich i ukraińskich historyków. Gdy polscy historycy podczas tych konferencji opierali się na dziesiątkach archiwów, ukraińscy przeważnie powoływali się na wydania diaspory. Dlaczego tak było? Dlatego że w ciągu ok. 20 lat niepodległej Ukrainy ukraińscy historycy mieli problem z dostępem do archiwów. Nie mieliśmy możliwości pracować na równi z polskimi naukowcami, dlatego że oni mieli otwarte własne archiwa, a my nie mieliśmy dostępu do swoich. Źródłem informacji dla ukraińskich historyków było coś, co już się ukazało i zostało ponownie wydane, czyli były to informacje wtórne. Takie są realia lat 1990-tych – 2000-nych. Dopiero teraz, dzięki ustawie o dostępie do archiwów służb komunistycznych, która weszła w życie w zeszłym roku zaczęły się zmiany, które wreszcie przełamią sytuację. To wszystko doprowadziło do tego, że polscy historycy stawiali pewne hipotezy, których nie można było sprawdzić w trakcie dialogu czy dyskusji. Te hipotezy stopniowo stawały się aksjomatami. Kiedy w 2011 r. ukazało się pierwsze wydanie mojej książki «Druga wojna polsko-ukraińska», to głównym oskarżeniem wobec mnie było to, że jestem rewizjonistą, czyli tym, kto podaje w wątpliwość wszystko to, co zostało wcześniej powiedziane. Tak, podaję i będę podawać, bo pracowałem z dokumentami, których nie opracowali ani ukraińscy, ani polscy historycy.


– Niedawno w Łucku odbyło się spotkanie poświęcone ukraińsko-polskiemu konfliktowi, którego uczestnicy uchwalili rezolucję. Mówi się w niej o tym, że ustanowienie odznaczenia Krzyż Wschodni świadczy o negatywnych tendencjach w stosunkach ukraińsko-polskich. Czy może być czymś negatywnym dla Ukraińców to, że Polska oddaje hołd ludziom, którzy ratowali Polaków. I dlaczego odznaczenie Sprawiedliwy wśród Narodów Świata nie jest tak drażliwe dla Ukraińców, jak Krzyż Wschodni?
– Akurat chciałem na to odreagować, ponieważ dopiero co zauważyłem w waszej gazecie tekst o książce Witolda Szabłowskiego «Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia».


Z jednej strony wygląda to bardzo szlachetnie, że Polacy chcą odznaczyć tych Ukraińców, którzy ratowali Polaków podczas polsko-ukraińskiego konfliktu, że są gotowi mówić o specjalnych odznaczeniach, m.in. o Sprawiedliwych, o których pisze Szablowski czy Krzyżu Wschodnim. I to jest przedstawiane jako wyraz uznania dla szczególnego humanizmu, człowieczeństwa tych ludzi, którzy ratowali w strasznych czasach bez względu na narodowość. Odbierałbym to właśnie tak pod jednym warunkiem: gdyby w tejże książce Szabłowskiego czy w «Kresowej księdze sprawiedliwych» mówiło się także o Polakach, którzy ratowali Ukraińców. Ale nie ma o tym ani słowa. Mamy absolutnie jednostronny model: byli Ukraińcy, którzy ratowali Polaków, jeżeli ratowali Polaków, to znaczy coś im zagrażało, a więc Polaków tu eksterminowano. Nie było Polaków, którzy ratowali Ukraińców, więc Ukraińcom nic nie zagrażało. Niestety mamy próbę wykorzystania technologii politycznej, zapożyczonej z historycznej polityki wobec Holocaustu, gdzie są Sprawiedliwi wśród Narodów Świata, gdzie nie możemy mówić o tym, że Żydzi ratowali Niemców, bo Niemcy nie byli zagrożeni. Czyli ten tytuł absolutnie się zapożycza z odznaczenia Sprawiedliwy wśród Narodów Świata i robi się to w jednym celu – udowodnić, że to było ludobójstwo. Moim zdaniem w takich niby szlachetnych rzeczach widzimy absolutne stosowanie technologii politycznej w tym temacie. Miałem na początku taką hipotezę, ale po ukazaniu się «Kresowej księgi sprawiedliwych» Romualda Niedzielki oraz po przeczytaniu książki Witolda Szabłowskiego jestem prawie przekonany, że chodzi o dodatkowy argument, żeby potwierdzić koncepcję ludobójstwa (komentarz Witolda Szabłowskiego można przeczytać tu).


– Dlaczego ukraińska strona nie szuka Polaków, którzy ratowali Ukraińców?
– Dlatego,  że ukraińska strona dopiero zaczyna swoje badania. Będziemy prowadzić prace, a następnie mówić o jakiejkolwiek równości czy wspólnych odznaczeniach. Ale nie teraz, kiedy istnieje absolutna asymetria i kroki, które obecnie się robi, moim zdaniem, są robione w celu utrwalenia tej asymetrii.

 

Rozmawiali Natalia DENYSIUK i Walenty WAKOLUK

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

VolynMedia

 

cz

 

tittle

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1