Rozmowy
  • Register

Serwer rozmowa 2

Rosyjska aneksja Krymu i wojna na wschodzie Ukrainy stały się papierkiem lakmusowym, sprawdzającym gotowość Ukraińców do pomocy bliźniemu w biedzie. Czy mieszkańcy Wołynia nadal są w swojej «chacie z kraju»? Proponujemy rozmowę na ten i inne tematy z przewodniczącym organizacji pozarządowej « Tatarzy Krymscy Wołynia» Serwerem Zejnidinowem.

 

Walenty Wakoluk: Czy osoby, które wyjeżdżają z Krymu, mają status przesiedleńców?
Serwer Zejnidinow: Tak, my, mieszkańcy Krymu, jesteśmy przesiedleńcami politycznymi. Z kolei ludzie ze wschodu kraju uciekają od wojny, czyli są uchodźcami. Krym jest okupowany i został przejęty bez strzałów. Mogliśmy walczyć z tym jedynie przez wypowiedzi, akcje, demonstracje pokojowe. W ogóle nikt nie mógł sobie wyobrazić, że w XXI wieku coś takiego jest możliwe.

 

– A dlaczego wyjechaliście właśnie na Wołyń, a nie, na przykład, za granicę?
– Mamy jedną Ojczyznę – Krym. Myślę, że powinniśmy wywalczyć swój Krym i wrócić tam z powrotem. Nie mamy innej Ojczyzny.

 

– Czy pomagają Wam władze?
– Powiem kilka ciepłych słów o Urzędzie Pracy, gdzie cały czas pracują z osobami przesiedlonymi, pomagają im. Są nawet programy, dzięki którym przesiedleńcy otrzymali pieniądze na otwarcie własnego biznesu. Wielu z nich, wyjeżdżając, nie zabrało wszystkich dokumentów, w Funduszu Emerytalnym także wykazali się wyrozumiałością, naliczają emerytury, renty, zasiłki tym, komu były przyznane na Krymie. Władza jednak nie ma żadnej strategii w zakresie deokupacji Krymu.

 

– Kogo zostawił Pan na Krymie?
– Na Krymie została rodzina, przyjaciele, znajomi. Wśród nich są nie tylko Tatarzy, ale także osoby o proukraińskim stanowisku.

 

– Kiedy zamieszkał Pan na Krymie?
– Po upadku ZSRR, pod koniec lat 80. – na początku 90. masowo wracaliśmy z rejonów deportacji. Wcześniej nie byliśmy wpuszczani na teren Krymu, mimo że zostaliśmy zrehabilitowani.

 

– Jak wyglądał powrót? Jaki stosunek mieli do Tatarów przedstawiciele innych narodowości?
– Powitali nas wrogo. Wówczas przestrzeń postradziecka była przesiąknięta propagandą komunistyczną. Miejscowi dopiero później, kiedy zrozumieli, że jesteśmy normalnymi ludźmi, takimi, jak oni, przyznawali się, że nawet w lokalnym radiu mówiono, że jadą straszni ludzie o kryminalnej przeszłości, więc warto zachować ostrożność i nie wypuszczać dzieci z domu bez powodu…

 

– Wróciliście na Krym do swoich miejsc rodzinnych? Tam, gdzie urodziły się babcia, mama?
– Oczywiście, że nie. To było prawie niewykonalne. Nie mieliśmy też takiego celu – walczyć o swoje domy, wysiedlać stąd kogoś, ponieważ ci ludzie już się tam zadomowili. Najpierw prosiliśmy, później wymagaliśmy i w końcu byliśmy już zmuszeni do zajmowania działek. Kto miał możliwość, kupował domy lub działki i budował swoje. Wszystko robiliśmy sami, nie dostawaliśmy żadnej pomocy od państwa.

 

– I teraz znowu zostawiacie swoją ziemię.
– Tak, już po raz drugi.

 

– Kiedy przyjechał Pan na Wołyń?
– Rodzinę wysłałem tutaj jeszcze przed referendum, to było w marcu-kwietniu 2014 r. Sam zostałem ze starszym synem i do końca liczyłem, że coś się zmieni. W głowie się nie mieściło, jak obcy kraj mógł okupować teren i narzucić swoje pseudoreferendum?

 

– Jak Pan uważa, ile procent mieszkańców Krymu chciałoby zostać w granicach Ukrainy?
– Sądzę, że około 40–50 % mieszkańców. To w miastach, ponieważ na wsi ludzie często myśleli żołądkiem, byli przekonani, że przyjdzie Rosja i wysypie się na nich manna niebiańska z rosyjskimi wynagrodzeniami, emeryturą. A jaki jest w Rosji reżim, jaki rząd – nad tym nikt się nie zastanawiał.

 

– Co Pan zostawił na Krymie?
– Duże gospodarstwo rolne (3,5 ha) – cieplarnie, winnice. Byłem członkiem Asocjacji Farmerów i Rolników Krymu.

 

– Wiem, że chciał Pan mieć działkę tutaj?
– Tak, teraz nad tym pracujemy. Już wszyscy jesteśmy zatrudnieni i największym problemem zostaje mieszkanie. Myślę, że ten problem można rozwiązać dość łatwo, jeśli władze pomogą z działkami.

 

– Czyli gruntów jeszcze Państwu nie wydzielono?
– Spośród wszystkich przesiedleńców na Wołyniu tylko ja dostałem działkę. Stało się tak dzięki temu, że sam zacząłem objeżdżać rady wiejskie w rejonie łuckim, opowiadać o aktualnej sytuacji i w Majakach «weszli w moje buty». Przewodniczący rady wiejskiej postanowił omówić moją prośbę na posiedzeniu. Wreszcie, przydzielono mi działkę.

 

– A reszcie przesiedleńców nie zaproponowano gruntów?
– Już kiedy założyliśmy organizację «Tatarzy Krymscy Wołynia», napisaliśmy podanie do rady obwodowej co do zapewnienia przesiedleńcom działek. Tam niby zapadła pozytywna decyzja, omówiliśmy sytuację, zaznaczyliśmy, że nie liczymy na Łuck, wystarczą nam działki w granicach 10-15 kilometrowej strefy wokół miasta z odpowiednią infrastrukturą, transportem. Wydzielono nam ziemię w Prominiu i zaproszono do obejrzenia terenu. Wyjechaliśmy 25 km od Łucka obejrzeć te działki i nas dowieźli do jakiegoś pola 5 km od drogi. Teren, który chcieli nam dać – to wykoszone czyste pole, z niego widać granicę wołyńskiego i rówieńskiego obwodu. Oczywiście, nie przyjęliśmy tej oferty. Nie da się wynajmować mieszkania w Łucku i jeździć tam na budowę. Kiedy tam się pojawi infrastruktura – nie wiadomo. Przecież nie możemy sami doprowadzić tam linii energetycznych, dróg itd. Będziemy jednak nadal walczyć , starać się rozwiązać problem działek.

 

– Czym Pan się tutaj zajmuje?
– Założyłem małą firmę, oddział kijowskiej firmy, sprzedaję probiotyki. Chciałbym się jednak zajmować tym co kocham najbardziej – rolnictwem, uprawiać winorośle. Przywiozłem ze sobą sadzonki krzewów ze swojej plantacji, posadziłem je u znajomych, którzy wynajmują nam mieszkanie. Będziemy próbować uprawiać na Wołyniu winogrona. Moja żona najpierw pracowała w fabryce «Kromberg & Schubert». Musieliśmy coś jeść, więc nie stroniliśmy od żadnej pracy, a «Kromberg» zatrudniał wszystkich chętnych. Teraz żona pomaga mi w firmie.

 

– Składał Pan projekt, by dostać dofinansowanie. Na czym polegał Pana pomysł?
– We wsi Majaky znajduje się dawne przedsiębiorstwo państwowe, które ma opuszczone cieplarnie. Teren otwartych gruntów wynosi 20 ha. Aby w całości nie stracić ziemi, są tam uprawiane zboża. Ale uprawianie zboża na 20 ha się nie opłaca, potrzeba co najmniej 100 ha. Zaproponowano mi wynajęcie tych cieplarni. Obejrzałem teren. Katastrofy nie ma, jest wodociąg, zachowane wyposażenie gazowe, trochę wysiłku i można byłoby pracować. Teraz jest wiele europejskich programów rozwojowych, mających na celu pomaganie przesiedleńcom, tworzenie dla nich nowych miejsc pracy. Brałem udział w jednym takim programie we Lwowie, uczestniczyłem tam w szkole biznesu, dowiedziałem się wiele nowego, m.in. o współczesnych zasadach prowadzenia biznesu i złożyłem projekt dotyczący cieplarni.

 

– Udało się przekonać lwowian?
– Mimo tego, że priorytetowym kierunkiem było rolnictwo, mój biznes plan niestety nie otrzymał wsparcia. Nie wiem dlaczego. Byłem przekonany o słuszności tego przedsięwzięcia. Wykładowcy, inni uczestnicy grupy także widzieli, że jestem fachowcem w swojej dziedzinie. Komisja zaś nie uzasadniła odmowy. A grant otrzymał dość dziwny moim zdaniem projekt, dotyczący hodowli psów rasowych, przedstawiony przez panią kinolog z Sewastopola.

 

– Będzie Pan zaczynać od początku? Znowu składać jakiś projekt?
– Tak, będę próbować własnych sił, ponieważ nie mam własnego kapitału startowego.

 

– Założył Pan organizację Tatarów Krymskich. Kiedy zrozumiał Pan, że należy walczyć o swoje polityczne miejsce w kraju?
– Zawsze mieliśmy taką świadomość. Nie wyjechaliśmy z Krymu, by po prostu przeczekać.

 

– Ile osób liczy organizacja?
– Tatarów Krymskich jest bardzo mało – tylko sześć rodzin. Na początku stworzyliśmy organizację pozarządową «Tatarzy Krymscy Wołynia», później nawiązaliśmy nowe znajomości, zaczęli do nas dołączać inni przesiedleńcy z Krymu, nie tylko Tatarzy. Cały czas staramy się organizować różne akcje, by państwo i wszyscy obywatele widzieli, że nie należy milczeć, trzeba coś robić, ponieważ nikt nam nic po prostu nie da.

 

– Czy organizowane przez was akcje mają wsparcie?
– Tak, wspierają nas mieszkańcy Łucka, są dość aktywni. Naszą ostatnią akcję, która odbyła się 25 października, organizowaliśmy dla wsparcia aktywistów «Społecznej blokady Krymu», zbieraliśmy dla nich środki sprzedając płow i tradycyjne słodycze, m.in. bakławę. Najważniejsze jest to, że zobaczyliśmy dość wysoki wskaźnik poparcia. Był dzień wyborów i ludzie widząc tatarską i ukraińską flagę podchodzili, wrzucali pieniądze, mówili miłe słowa. Oni świetnie rozumieją, co się dzieje. Chcemy, aby władze też to widziały.

 

– Jako reprezentant Tatarów Krymskich brał Pan udział w tegorocznym Marszu Żywej Pamięci Polskiego Sybiru w Białymstoku. Jak Pan odebrał Polskę?
– Nasz naród również doznał represji od reżimu stalinowskiego. Wieniec, który złożyliśmy pod pomnikiem Sybirakom, był symbolem pojednania pamięci. W Polsce byliśmy tylko przez dwa dni. Mieliśmy pół dnia wolnego czasu, aby zwiedzić miasto. Pierwsze, co rzuciło się w oczy i zapamiętało to, oczywiście, porządek i drogi. Mam nadzieję, że jeszcze będziemy mieli możliwość pojechać do Polski, dlatego teraz uczę się polskiego. Wiem, że w Polsce mieszkają Tatarzy Krymscy, chcę nawiązać z nimi współpracę. Już jesteśmy w kontakcie telefonicznym.

 

– Czy warto Ukrainie wzorować się na Polsce, dążyć ku Europie?
– Oczywiście, że warto. Nie ma co tkwić w tej przestrzeni postradzieckiej, tylko iść naprzód. To wszystko jest tuż obok, dosłownie kilka kilometrów – i zupełnie inne życie.

 

– Chciałby Pan zagłosować w tych wyborach?
– Oczywiście. Mieszkamy w Łucku już drugi rok, pracujemy tu, dawno się zintegrowaliśmy z tym społeczeństwem, bierzemy udział w politycznym i społecznym życiu miasta, płacimy podatki i wiemy, na kogo można oddać swój głos. Jesteśmy zwykłymi obywatelami Ukrainy i chcemy głosować razem ze wszystkimi. Chcę także zaznaczyć, że lokalne wybory są bardzo ważne, ponieważ życie twojego miasta jest twoim życiem, a ostatnie wybory potwierdziły, że nasze społeczeństwo jest apolityczne. Być może w taki sposób ludzie pokazują władzy, że nie jest ona skuteczna?

 

– Pana przepis na «uzdrowienie» Ukrainy?
– Wszystko zależy od nas samych. Ukraina potrafiła wyjść na Majdan, nie warto o tym zapominać, tylko iść do przodu i walczyć. Nikt, oprócz nas samych, nie stworzy demokratycznego państwa.

 

Rozmawiał Walenty WAKOLUK

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

 

 Kursy walut

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

 

cz

 

 

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1