Artykuły
  • Register

Monitor Wołyński gości na swoich łamach wybitną indywidualność Łucka, rzeźbiarza Mykołę Gołowania, autora licznych prac artystycznych, który 9 stycznia 2013 roku obchodził jubileusz 70-lecia.

Jego rzeźby znajdują się w Łuckim Miejskim Parku Kultury i Odpoczynku im. Łesi Ukrainki, w przedszkolach i w pobliżu dróg, na leśnych polanach. Artysta nawet nie pamięta, ile jego rzeźb postawiono na cmentarzach Ukrainy. Największą sławę przyniosła mu sprawa jego życia – dom-pracownia, który buduje już od ponad 30 lat. Dom znajduje się na Starym Mieście, w pobliżu kościoła luterańskiego w Łucku.

– Przyjacielu Mykoło, gratuluję Ci poważnego jubileuszu w imieniu wszystkich naszych Czytelników. Proszę, opowiedz o sobie.
– Jestem miejscowym rzeźbiarzem. Nazywam się Mykoła Mykytowycz Gołowań. Urodziłem się podczas wojny na Odeszczyźnie w 1943 roku. Tak opowiadał mi Ojciec. Ale jestem zapisany jako rdzenny łucczanin. Zostałem ochrzczony w malutkim kościele w Łucku (obecnie – Dom Panichidy), który kiedyś znajdował się na terenie cmentarza katolickiego. Przypominam sobie księdza, który udzielił ślubu kościelnego moim Rodzicom, gdy miałem ok. 10-12 lat. W ogóle moje pierwsze wspomnienia są związane tylko z Łuckiem, do którego przyjechałem z Rodzicami w wieku 3-4 lat. Najlepsze swoje lata poświęciłem temu miastu, które stało się rodzimym. Moja Mama – Polka z Nowogrodu Wołyńskiego. Myślę, że to Ona chciała, żebyśmy byli w Łucku, a Tata wciąż marzył o powrocie na rodzimą ziemię – do morza.

–To dobrze pamiętasz ten czas, kiedy zmarł Stalin i zmiany, które odbywały się na Wołyniu.
– Jeszcze pamiętam ogromny betonowy pomnik Stalina, który stał w centrum Łucka w miejscu, gdzie obecnie jest Teatr Dramatyczny. Przypominam sobie rok 1953, kiedy uczyłem się w starej, jeszcze „polskiej szkole". Nauczyciele płakali i krzyczeli na nas, na wesołe dzieci, żebyśmy też płakali za wodzem. Przypominam, że kiedy zostałem pionierem i szczęśliwy przybiegłem do domu, Ojciec powiedział do mnie: „Durniu, z czego ty się cieszysz?". On pochodził ze wschodu Ukrainy, walczył na dwóch wojnach i wiedział, jakie zagrożenia niosły władze radzieckie. Przypominam sobie niektóre straszne rzeczy, które Tata opowiadał mi o Wielkim Głodzie. Jak on widział swoich krewnych, którzy cudem przeżyli. Opowiadał o moim Dziadku, który jeszcze w czasach carskiej Rosji był marynarzem, nurkiem, więc uratował się dlatego, że nurkował i łowił żaby i wszystko, co można było zjeść. To uratowało mu życie. Trudno mówić o tych strasznych rzeczach, ale trzeba.

IMG 0094

– Jakaż była oczekiwana odwilż chruszczowska...
– Uczyłem się wówczas w Lwowskim Kolegium Sztuki Użytkowej im. I.Trusza, gdzie zdałem egzaminy w 1959 roku. Był to okres wielkiego rozkwitu we wszystkich dziedzinach sztuki. Kształtowały nas i otwierały nam Zachód wspaniałe filmy włoskiego neorealizmu. A... jeszcze występy zespołów rock'n'rollowych, aktualne były też anegdotki o Chruszczowie. Był to bardzo dynamiczny okres mojego życia, kiedy kształtowałem się jako artysta i uprawiałem różne sporty – zapasy, sztangę, boks.

– Mykoło, kiedy poczułeś ten impuls artystyczny, który potem ukształtował Twoje życie? Jak wyglądała nauka we Lwowie i jak tam trafiłeś?
– Pragnienie piękna czułem od dziecka, więc poszedłem do szkoły Sztuk Pięknych w Łucku. O swoim pierwszym nauczycielu, Piotrze Sendziuku, z perspektywy czasu, mogę powiedzieć tylko ciepłe słowa – to on dał mi pierwszy impuls. Dzięki niemu, ja i moi koledzy Leonid Litwin i Jasza Besarab, otrzymaliśmy skierowanie na naukę do Lwowa. Moi Rodzice cieszyli się z mojego wyboru. Mama była krawcową, a Tata – stolarzem oraz dobrym gospodarzem, umiał dobrze śpiewać. Oni marzyli, żebym stał się artystą. Nauka we Lwowie trwała sześć lat. Przez jeden rok miałem przerwę akademicką. Na trzecim roku pojechałem na Krym, na Kanał Północno-Krymski, gdzie byłem zwykłym robotnikiem. To była dla mnie dobra szkoła, która odegrała istotną rolę w moim życiu. Wówczas malowałem dla gazet „Radziecki Krym", „Krymska Prawda". Po rocznej przerwie w nauce, wróciłem do Lwowa zadowolony, uskrzydlony i już inaczej patrzyłem na Lwów, bo się zmieniłem, stałem się bardziej samodzielny. Spotkanie z morzem, dobrymi ludźmi, dały bodziec i wsparcie dla mojej pracy w przyszłości.

– Kiedy pojechałeś na naukę do Lwowa, to już wiedziałeś, że zostaniesz rzeźbiarzem? Opowiedz o swoich nauczycielach.
– Najpierw poszedłem drogą Ojca i zdałem na obróbkę drewna, następnie zajmowałem się trochę ceramiką, dopiero na trzecim roku przeniosłem się na rzeźbę. Pamiętam swojego pierwszego nauczyciela i kolegę Skybińskiego. To on doradził, żebym zmienił specjalizację. Moimi nauczycielami byli także mistrzowie – Czepel, Uszakow, Teliszewa, Kostyrko, Tarasow, Krwawycz, Myśko, Elizarow. Robienia szkiców, nauczył mnie Dragan. Łysiuk stał się promotorem mojej pracy dyplomowej – rzeźby dekoracyjnej, która została dobrze oceniona przez ówczesnych nauczycieli szkoły.

IMG 0147

– Gdzie pojechałeś po obronie pracy dyplomowej?
– Dostałem wolne skierowanie. Powiedziałem, że chcę wrócić do rodzimego Łucka. Pracowałem w różnych miejscach, nawet w zakładzie pogrzebowym. Mieszkaliśmy wtedy przy ul. Riwnenskij 74, gdzie z Ojcem zbudowaliśmy moją pierwszą pracownię pod szkłem. Ojciec pomagał mi we wszystkim. To był szczęśliwy okres wolności. Były spotkania z ciekawymi ludźmi: Szyszkiem, Chodakiwskim, Tkaczenkiem, Bogaczukiem, Suliwinym. Panowała wspaniała atmosfera ludzi sztuki, odgłos odwilży. Przyjeżdżali do mnie Dmytro Krwawycz, Franc Czerniak ze Lwowa. Razem z kolegami organizowaliśmy wesołe kabarety. A już w 1971 roku miałem autorską wystawę rzeźby i malarstwa. Znajdowała się ona w salonie, na pierwszym piętrze dzisiejszego kina „Promiń". Przed filmem wszyscy przychodzili, żeby popatrzeć na moje prace. W tym okresie poznałem swoją przyszłą żonę Tamarę. Wkrótce ożeniłem się. Za rok urodził się nam syn Mykołka. Ojciec już nie mógł chodzić, ale trzymał na piersi wnuka i był bardzo dumny z tego powodu.

Ojciec zmarł w 1974 roku. Pochowaliśmy go obok Matki na cmentarzu znajdującym się przy ul. Riwnenskiej. Wtedy zrozumiałem, że właśnie minęły najlepsze moje lata.

– Mykoło, ta pierwsza personalna wystawa stała się dla Ciebie bodźcem na drodze wielkiej sztuki, zostałeś zauważony?
– Po wystawie, na którą zapraszałem wszystkich, zwrócili na mnie uwagę, dali mi rekomendacje do Fundacji Artystycznej, mimo że nie byłem członkiem partii. Chyba zrozumieli, że jestem czegoś warty. Dostałem miejsce w Fundacji Artystycznej, znajdującej się przy dzisiejszej ul. Łesi Ukrainki, 24а. W tym samym czasie, ja z rodziną, mieszkałem już w „chruszczowce", bo nasz dom został zburzony. W 1976 roku w suterenie Fundacji, zorganizowałem jeszcze jedną wystawę. Pamiętam, jak przychodzili z obwodowego komitetu partii i pilnowali, żeby nie było żadnej herezji w moich pracach.

IMG 0160

– Miejsce w Fundacji Artystycznej stało dla Ciebie drugim domem, do którego przychodzili inni artyści...
– Rzeczywiście, przychodzili do mnie architekci, malarze, rzeźbiarze, pisarze – Rudenko, Krawcow, Wysklarow, Bogaczuk, Szyszko, Walenta, Wroński, Gnizdiłow, Kanajew, czyli ówczesna artystyczna śmietanka towarzyska.

– Porozmawiajmy i o negatywnym okresie Twojego życia. Wśród Twoich licznych przyjaciół znaleźli się również tacy, na których się bardzo zawiodłeś?
– Moje główne credo, którego nauczył mnie mój Ojciec: „Nie zazdrość! Rób wszystko sam i Bóg cię ochroni". W ciągu całego życia trzymałem się tego. Ja przeszedłem ten straszny Rubikon lat 1978-1979. Byłem zaskoczony tym, że wczorajsi przyjaciele, wbili mi nóż w plecy. Nie chciałem wejść do „wierchuszki" kierowniczej podenerwowanej moim niezależnym stanowiskiem.

Pamiętam, jak pewnego razu opieczętowano moją pracownię w Fundacji. Rano w gabinecie dyrektora Wasyla Gury, czekał już na mnie siwy funkcjonariusz KGB. Na stole wystawiono moje prace – kilka o tematyce religijnej oraz kilka w „nagim" stylu. „Znawca sztuki z resortu" szybko cytował po rosyjsku Biblię i groźnie wskazywał na niedopuszczalność wychowania radzieckiej młodzieży na takich wzorach artystycznych. Wyjaśniałem, że jestem wychowany na sztuce klasycznej, przekonywałem, że jestem lojalny i prosiłem, żeby nie zniszczyli prac. W następnym dniu oddali te prace.

– Miałeś w życiu trudne chwile...
– Jeśli nawet gdzieś potknąłem się, miało to na mnie tylko korzystny wpływ. Ludzie upadają, żeby się podnieść i pójść dalej. Czasem upadają, bo nie mają na kim się oprzeć. Ale przyszło nowe odrodzenie, wróciłem. Dostałem kawałeczek ziemi w naszym centralnym parku miejskim, gdzie robiłem rzeźby. Moje prace zostały docenione, nawet chwalebną odę napisano o mnie w czasopiśmie „Perec". Wkrótce nasz miejscowy reżyser Borys Rewenko, nakręcił o mnie film. Wielu ludzi zazdrościło, gdy wkrótce przydzielono mi malownicze miejsce nad Styrem na Starym Mieście. Trzeba było zaprojektować dom. Zwróciłem się do architekta Jarosława Metelnickiego. Wtedy już można było pracować.

IMG 0172

– Co Ci przeszkadza żyć i budować swój Dom i swój Kraj?
– Często przeszkadzam sobie sam. Swoją życzliwością i naiwnością czasem sami siebie niszczymy. Ale trzeba odrzucać hipokryzję i wszystko, co zbędne. Lepiej napić się kawy z wrogiem, niż z człowiekiem, który udaje, że jest szczery. Nie rozumiem, kiedy najpierw głaskają, a następnie podstawiają nogę. Często bywałem w takich sytuacjach.

– Pamiętam, że jak pytałem Cię o Twoją wizję budynku, Ty powiedziałeś, że póki będziesz budować, póty będzie ona się zmieniała. Budynek rozwija się od ponad 30 lat...
– Oczywiście. Chociaż Ojciec marzył, żebyśmy wszystko porzucili i pojechali nad morze. Ale ja postanowiłem nie zostawiać grobu Matki i zamieszkałem tutaj na zawsze. Swój dom znajdujący się przy ul. Luterańskiej 9 w pobliżu Styru bardzo lubię i nigdy nie zakończę. Będę budował go do tej pory, póki będę żył i będę miał na to siły. Nie lubię, gdy nazywają go Domem z Chimerami. To w Kijowie, przy ul Bankowej, siedzą chimery. Ja nazywam swój dom Wernisażem Rzeźbiarza.

– Niektórzy zarzucają Ci, że rabowałeś cmentarze i kościoły, zbierając niektóre eksponaty.
– Nic podobnego. Ja zbierałem kamienie z memoriału, które wywożono na śmietnik, dawałem mu drugie życie. Tak pojawiły się niektóre prace, będące pomnikami zmarłych. Kamienie i kolumny starożytnej Grecji sprzedawano kolekcjonerom, więc dlaczego miałyby zniknąć pamiątki przeszłości? W mieście leżała stara cegła, zbierałem ją i przynosiłem do siebie – tak pojawiło się malutkie „włoskie podwórko". Obecnie ono przemawia do ludzi swoją historią.

– Mykoło, obecnie Twój dom-wernisaż przy Luterańskiej, stał się swoistą Mekką, do której idą tłumy ludzi, kiedy zwiedzają Stare Miasto. On już dawno znalazł się na mapie turystycznej Łucka...
– Najbardziej dziwne jest to, że do tej pory nie pozwalają mi na prywatyzację mojego domu. Rzeczywiście codziennie ktoś przychodzi, żeby go zobaczyć, często chcą ze mną porozmawiać. Trafiają tu różni ludzie. To i Dracz, i Taniuk, i muzycy rockowi z zespołu „Bracia Gadiukiny", i Marenycz, Bogaczuk przychodził, odwiedzają mnie profesorowie i zwykli ludzi. Na początku lat 90-tych przychodził tu cały Ruch (Ludowy Ruch Ukrainy – aut.). Mam ciepłe wspomnienia o naszych spotkaniach przy kominku i świecach, kiedy rozmawialiśmy na rozmaite tematy.

IMG 0176

– Jakie miejsce w twoim życiu zajmuje Rodzina?
– Mój duch zawsze wspierały myśli o dzieciach, o rodzinie. Syn Mykoła to moja radość i mój ból. Odszedł 7 lat temu. Zmarł w wieku Chrystusa, a był wspaniałym kowalem. Wnuk ma już 15 lat. Mam nadzieję, że zajmie się rodzinną sprawą i też podobnie jak ojciec, zostanie kowalem. Najważniejsze jednak, żeby został uczciwym człowiekiem. Córka Natalia także zdobyła wykształcenie artystyczne i obecnie pracuje jako malarz-projektant na Podmoskowju, gdzie odbudowuje Nową Jerozolimę. Żona Tamara pracuje w szkole, uczy angielskiego. Do dziś udziela mi wsparcia moralnego, ponieważ w życiu rodzinnym artysta to niełatwy człowiek.

– Niedawno w Łucku odbyła się wystawa Twoich prac „Mykoła Gołowań – 70 lat". Ale jak można pokazać całego siebie? Przecież cały Ty – to park, cmentarze, dom. Ty – Człowiek-kamień, Człowiek-krzemień i 70 lat to za mało...
– 70 lat – to wzruszający moment. W ciągu życia tyle pomników zrobiłem, że ich liczby nie pamiętam. Wszystko, co zrobiłem, nie sposób policzyć i ogarnąć. Obecnie interesuje mnie rzeźba sakralna, apostołowie. To – powołania mojej duszy. Zacząłem je tworzyć, w okresie, w którym nie wolno było tego robić, zajmuję się tym dotychczas. To, co wieczne, zostaje...

Rozmawiał Walenty WAKOLUK
Fot. Oksana CYMBALUK

FB

Biblioteka MW

Jency wrzesnia 1939 foto 240 2

dzien

Informacja

logoGranica

 

 

 

 Kursy walut

Konkursy, festiwale, wydarzenia

gaude2017

 

Partnerzy

 

LOGO MonitorInfo mini

 

PastedGraphic-1 

 

 

cz

 

 

Reklama

 

po polsku po polsce 1

 

SC Corporate Services Sp 1